Latem minęło dziewięć lat od kiedy mieszkam w Niemczech. Trudno mi w to uwierzyć, a jednocześnie widzę, że na padające często pytanie odnośnie ewentualnego powrotu z mojej strony pada stanowcze NIE. Zdecydowanie to tutaj wracam do domu. Mówiąc szczerze wydawało mi się, że tak dobrze znane emigrantom uczucie życia w rozkroku będzie trzymało się mnie dłużej, ale obecnie nie trzyma wcale. Stałam się turystką w kraju, w którym się urodziłam. Jeszcze w poprzedniej pracy, bywałam służbowo w Warszawie, łączyła mnie zatem ze stolicą nieturystyczna nić. Teraz kiedy od roku moje życie zawodowe ogranicza się do Berlina, a odkąd możliwa jest praca zdalna ogranicza się do mojej sypialni, w której stoi biurko, w Polsce bywam jedynie w czasie wolnym odwiedzając rodzinę albo spędzając weekend na łonie natury. Nie miewam już rozterek pt. "co by było gdyby". Myślę, że człowiek wyzbywa się ich wraz z uczuciem stabilizacji. Nie śmiało mogę stwierdzić, że takie uczucie towarzyszy mi od jakiegoś czasu, nie jestem jednak do końca przekonana, czy nie jest ono przypadkiem spowodowane ilością hormonów wyprodukowanych w moim ciele przez ostatnie 7 miesięcy. Dam Wam znać, czy coś się zmieniło już niedłog. Tymczasem niech życie toczy się dalej.
czwartek, 14 października 2021
66 historia życia toczącego się dalej
Jest październik. Pogoda stosowna do pory roku, a że nigdzie nie ma mowy o złotej berlińskiej jesieni mam do czynienia z szaro- (jeszcze) zieloną rzeczywistością. Już tyle miesięcy żyjemy w trochę odmiennych pandemiczynch realiach i mogłabym powiedzieć, że nic takiego niesamowitego się nie dzieje, nie zmienia, że wszystko po staremu. Ale ktoś wtedy mógłby zwrócić mi uwagę, że chyba nie do końca mam rację, bo przecież ponad rok temu zmieniłam miejsce pracy, bo przecież przetrwaliśmy już sama nie wiem ile lockdownów, lekcji w domu prowadzonych symultanicznie ze spotkaniami w pracy i gotowaniem obiadu, że przecież nikt z rodziny nie zachorował, co chyba jest też, sytuacją dosyć nietypową. Mógłby także skierować palcem na mój coraz większy brzuch i przypomnieć mi, że za 3 miesiące nasza mała rodzina będzie trochę większa, bo dołączy do niej nowy członek. Życie na swoim czasem niższym, a czasem wyższym biegu toczy się zatem dalej.
Latem minęło dziewięć lat od kiedy mieszkam w Niemczech. Trudno mi w to uwierzyć, a jednocześnie widzę, że na padające często pytanie odnośnie ewentualnego powrotu z mojej strony pada stanowcze NIE. Zdecydowanie to tutaj wracam do domu. Mówiąc szczerze wydawało mi się, że tak dobrze znane emigrantom uczucie życia w rozkroku będzie trzymało się mnie dłużej, ale obecnie nie trzyma wcale. Stałam się turystką w kraju, w którym się urodziłam. Jeszcze w poprzedniej pracy, bywałam służbowo w Warszawie, łączyła mnie zatem ze stolicą nieturystyczna nić. Teraz kiedy od roku moje życie zawodowe ogranicza się do Berlina, a odkąd możliwa jest praca zdalna ogranicza się do mojej sypialni, w której stoi biurko, w Polsce bywam jedynie w czasie wolnym odwiedzając rodzinę albo spędzając weekend na łonie natury. Nie miewam już rozterek pt. "co by było gdyby". Myślę, że człowiek wyzbywa się ich wraz z uczuciem stabilizacji. Nie śmiało mogę stwierdzić, że takie uczucie towarzyszy mi od jakiegoś czasu, nie jestem jednak do końca przekonana, czy nie jest ono przypadkiem spowodowane ilością hormonów wyprodukowanych w moim ciele przez ostatnie 7 miesięcy. Dam Wam znać, czy coś się zmieniło już niedłog. Tymczasem niech życie toczy się dalej.
Latem minęło dziewięć lat od kiedy mieszkam w Niemczech. Trudno mi w to uwierzyć, a jednocześnie widzę, że na padające często pytanie odnośnie ewentualnego powrotu z mojej strony pada stanowcze NIE. Zdecydowanie to tutaj wracam do domu. Mówiąc szczerze wydawało mi się, że tak dobrze znane emigrantom uczucie życia w rozkroku będzie trzymało się mnie dłużej, ale obecnie nie trzyma wcale. Stałam się turystką w kraju, w którym się urodziłam. Jeszcze w poprzedniej pracy, bywałam służbowo w Warszawie, łączyła mnie zatem ze stolicą nieturystyczna nić. Teraz kiedy od roku moje życie zawodowe ogranicza się do Berlina, a odkąd możliwa jest praca zdalna ogranicza się do mojej sypialni, w której stoi biurko, w Polsce bywam jedynie w czasie wolnym odwiedzając rodzinę albo spędzając weekend na łonie natury. Nie miewam już rozterek pt. "co by było gdyby". Myślę, że człowiek wyzbywa się ich wraz z uczuciem stabilizacji. Nie śmiało mogę stwierdzić, że takie uczucie towarzyszy mi od jakiegoś czasu, nie jestem jednak do końca przekonana, czy nie jest ono przypadkiem spowodowane ilością hormonów wyprodukowanych w moim ciele przez ostatnie 7 miesięcy. Dam Wam znać, czy coś się zmieniło już niedłog. Tymczasem niech życie toczy się dalej.
niedziela, 14 czerwca 2020
65 (rekonstrukcji długa droga)
Nie poruszam tego tematu na forum, przestałam już zanudzać tym znajomych. Nikt nie chce słuchać o rzeczach nieprzyjemnych. Zdarza się jednak, że od czasu do czasu odzywa się do mnie jakaś dziewczyna, która dopiero dowiedziała się, że jest chora albo dopiero niedawno zaczęła leczenie i szuka bratniej duszy, wsparca, podzielenia się swoimi strachami, sprawdzenia, czy ty też tak masz. Zupełnie to rozumiem. I założenie tego bloga miało po części na celu być miejscem gdzie ktoś w podobnej do mojej sytuacji odnajdzie może trochę ukojenia, a może trochę otuchy, albo będzie mógł zobaczyć, że czasem powrót do normalności u kogoś innego też jest długi i wyczerpujący.
Jeśli jesteś osobą dotkniętą rakiem piersi, nie miałaś takiego farta, żeby tę pierś zachować i szukasz informacji na temat rekonstrukcji, na pewno trafiłaś już do grup na facebooku, które ten temat zgłębiają. Można tam znaleźć historie pozytywne i negatywne, przeważąją jednak te pierwsze. Moim zdaniem spłyca to trochę temat. Dużo dziewczyn w Polsce robi sobie rekonstrukcję z implantem, bo jest to rozwiązanie w miarę tanie, jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie przynosi profity firmom produkującym implanty. Czy jest to rozwiązanie najlepsze? Myślę, że jest to sprawa mocno dyskusyjna. Nie będę się jednak na ten temat wypowiadać, bo sama zrezygnowałam z tej metody jeszcze na samym początku. I na tym chciałabym się dziś skupić, a konkretnie na całej drodze, która w moim przypadku nie jest ani trochę usłana różami. Sama decyzja o tym, że chcę przejść tą operację była dla mnie oczywista. Wyobraź sobie uczucie, że ktoś zabiera kawałek ciebie, masz zatem wzmożoną potrzebę odzyskania tego jak najszybciej, im bardziej jest to niemożliwe tym bardziej czujesz się w jakimś sensie niekompletny. Do tego dochodzą głosy osób ci życzliwych, które przecież chcą dla ciebie dobrze, mówiące, że wcale tego nie potrzebujesz, że weź się w garść i na pewno sobie dasz radę bez, że jakie to ma znaczenie. Ja na twoim miejscu dałabym spokój itd.
Cała sytuacja jest niewyobrażalnym obciążeniem. Jesteś chory, z niewiadomych przyczyn padło właśnie na ciebie, do tego w efekcie choroby musisz dać sobie obciąć kawałek ciała, co nawet nie gwarantuje ci tego, że wyzdrowiejesz. Pragniesz zatem powrotu do stanu, kiedy ten horror jeszcze nie miał miejsca. Jeśli nie masz dodatkowej puli pecha i operacja w twoim przypadku może odbyć się w miarę szybko, najczęściej rzecz dzieje się za sprawą jednej, lub dwóch operacji. Może jednak być jak w moim przypadku lub wielu innych, że wystąpią komplikacje. Trzeba zatem decydując się na ten krok mieć świadomość, że nie będzie to wizyta u kosmetyczki, ani nawet u dentysty.
U mnie po pierwszej nieudanej rekonstrukcji z płata brzucha chirurdzy zaproponowali wersję z pośladka. Ale, żeby do tego mogło dojść musiałam mieć wszczepiony ekspander, który miał na celu rozszerzyć moją skórę. To też nie jest żaden zabieg tylko operacja pod pełną narkozą, w czasie, której lekarz umieszcza w odpowiednim miejscu, na odowiedniej wysokości pojemnik, który poźniej będzie dopełniał poprzez specialny wentyl umieszczony w środku. Zatem po odbytej operacji pacjent dostaje plan napełniania. Za każdym razem odbywa się w atmosferze niemałego stresu, bo lekarz musi wkłóć się przez skórę zakładając wenflon w wspmniane przeze mnie miejsce na ekspanderze i strzykawką wtłacza do środka płyn fizjologiczy. Im więcej płynu, tym przy każdym twoim ruchu słyszysz chlupotanie i w sumie czujesz się jak na wiecznych wakacjach w Kołobrzegu.
Ekspander nosiłam prawie rok, jego wyjęcie odbywało się w czasie rekonstrukcji, która w moim przypadku ostatecznie została zrobiona z mięśnia szerokiego grzbietu. Więcej na ten temat piszę tutaj.
Pierś zbudowana z takiego mięśnia jest malutka. Nie usatysfakcjonuje nawet posiadaczki miseczki A. Niezbędne jest dodatkowe wypełnienie. Można włożyć implant, ale w Niemczech w tym przypadku proponuje się pacjentce dopełnianie piersi własnym tłuszczem. Nie da się takiego zabiegu przeprowadzić raz, ponieważ organizm zwyczajnie nie ukrwi za dużej ilości tkanki. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i przygotować na ból i dyskomfort co parę miesięcy. W chwili obecnej jestem już po trzech napełnianiach. I jeśli mam być szczera, to z każdym kolejnym razem jest gorzej. I nie mam tu na myśli mojej piersi tylko stan w jakim wracam do domu ze szpitala. Tkanka tłuszczowa jest pozyskiwana za pomocą liposukcji wodnej Body Jet. Jest to metoda stosowana normalnie u osób, które chcą wymodelować swoją sylwetkę w sposób nie koniecznie angażujący ich w wysiłek fizyczny. Nie będę opisywać dokładnie jak to wygląda. Zainteresowani mogą znaleźć na ten temat filmy na YouTube.Powiem tak, każdy kto robi sobie ten zabieg, a niekoniecznie musi powinien sprawę dobrze przemyśleć. Na różnych forach panie dzielą się doświadczeniam jakie to łatwe szybkie i przyjemne, ale jakoś trudno było mi w to wszysto uwierzyć, kiedy po ostatnim razie nie byłam w stanie wejść po schodach bo zwyczajnie nogi z których pobierana była tkanka odmówiły mi posłuszeństwa. I w tym momencie każdy normalny człowiek zapyta: Po co to wszystko robisz, skoro kosztuje cie to tyle bólu i stresu? Po pierwsze odradzam zadawanie takiego pytania osobie, której amputowano jakąś część ciała. Oczywiście mam świadomość, że nie jest to noga ani ręka, ale wierzcie mi, że nie ma to znaczenia. Bo wraz z zabiegiem została też okaleczona część psychiki, która odpowiada za postrzeganie siebie samego. Rana jest na tyle głęboka, że taka fizyczna rekonstrukcja to tylko część procesu gojenia. Nie wiem czy tym wpisem przekonam kogoś kto jest na początku drogi do tego by się w ogóle tej drogi podjąć. W przeciągu ostatnich 7 lat byłam chyba łącznie 9 razy na stole operacyjnym. Licząc tylko operacje wokół piersi. Pewnie, niektórzy ludzie nie dobiją do takiej liczby przez całe swoje życie. Często słyszę, że to nie są operacje ratujące życie. A wtedy zawsze myślę sobie czy na pewno? Jestem na drodze do tego, żeby poczuć się jak przed diagnozą. Czy miewając stany depresyjne, czy nerwowe i mając poczucie, że nie zniosę tego losu, który jest mi dany byłoby mi łatwiej nie podejmując się tych operacji? Nie wydaje mi się.
Ekspander nosiłam prawie rok, jego wyjęcie odbywało się w czasie rekonstrukcji, która w moim przypadku ostatecznie została zrobiona z mięśnia szerokiego grzbietu. Więcej na ten temat piszę tutaj.
Pierś zbudowana z takiego mięśnia jest malutka. Nie usatysfakcjonuje nawet posiadaczki miseczki A. Niezbędne jest dodatkowe wypełnienie. Można włożyć implant, ale w Niemczech w tym przypadku proponuje się pacjentce dopełnianie piersi własnym tłuszczem. Nie da się takiego zabiegu przeprowadzić raz, ponieważ organizm zwyczajnie nie ukrwi za dużej ilości tkanki. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i przygotować na ból i dyskomfort co parę miesięcy. W chwili obecnej jestem już po trzech napełnianiach. I jeśli mam być szczera, to z każdym kolejnym razem jest gorzej. I nie mam tu na myśli mojej piersi tylko stan w jakim wracam do domu ze szpitala. Tkanka tłuszczowa jest pozyskiwana za pomocą liposukcji wodnej Body Jet. Jest to metoda stosowana normalnie u osób, które chcą wymodelować swoją sylwetkę w sposób nie koniecznie angażujący ich w wysiłek fizyczny. Nie będę opisywać dokładnie jak to wygląda. Zainteresowani mogą znaleźć na ten temat filmy na YouTube.Powiem tak, każdy kto robi sobie ten zabieg, a niekoniecznie musi powinien sprawę dobrze przemyśleć. Na różnych forach panie dzielą się doświadczeniam jakie to łatwe szybkie i przyjemne, ale jakoś trudno było mi w to wszysto uwierzyć, kiedy po ostatnim razie nie byłam w stanie wejść po schodach bo zwyczajnie nogi z których pobierana była tkanka odmówiły mi posłuszeństwa. I w tym momencie każdy normalny człowiek zapyta: Po co to wszystko robisz, skoro kosztuje cie to tyle bólu i stresu? Po pierwsze odradzam zadawanie takiego pytania osobie, której amputowano jakąś część ciała. Oczywiście mam świadomość, że nie jest to noga ani ręka, ale wierzcie mi, że nie ma to znaczenia. Bo wraz z zabiegiem została też okaleczona część psychiki, która odpowiada za postrzeganie siebie samego. Rana jest na tyle głęboka, że taka fizyczna rekonstrukcja to tylko część procesu gojenia. Nie wiem czy tym wpisem przekonam kogoś kto jest na początku drogi do tego by się w ogóle tej drogi podjąć. W przeciągu ostatnich 7 lat byłam chyba łącznie 9 razy na stole operacyjnym. Licząc tylko operacje wokół piersi. Pewnie, niektórzy ludzie nie dobiją do takiej liczby przez całe swoje życie. Często słyszę, że to nie są operacje ratujące życie. A wtedy zawsze myślę sobie czy na pewno? Jestem na drodze do tego, żeby poczuć się jak przed diagnozą. Czy miewając stany depresyjne, czy nerwowe i mając poczucie, że nie zniosę tego losu, który jest mi dany byłoby mi łatwiej nie podejmując się tych operacji? Nie wydaje mi się.
sobota, 21 marca 2020
64 (musi dziać się nic, żeby stało się coś)
Co się musi stać, żebym pojawiła się tutaj i zostawiła jakiś ślad swojego istnienia? Otórz świat musi opanować pandemia, a ludzie żeby trochę zatrzymać jej rozprzestrzenianie się muszą zamknąć się w domach. Jak się czuję w obecnej sytuacji? W obliczu kompletnej niepewności jutra? Czuję się fatalnie. Myślę o tym jaką skomplikowaną i długą drogę musiałam przejść w krótkim czasie, by postawić swoje życie zawodowe na odpowiednim torze i ile pary było trzeba z mojej strony, żeby ruszać do przodu. A teraz moja w miarę stabilna sytuacja zatrzęsła się w posadach i pierwszy raz nie mam pojęcia jak się skończy. Wiem, że nie jestem osamotniona, bo podobne
rozterki ma teraz bardzo duża ilość ludzi. Z drugiej strony, zastanawiam się, jak mocno skrzywione jest moje życie, że w pierwszej kolejności myślę o tym, że stracę zajęcie, a nie myślę o tym, że w obecnej sytuacji mogę stracić nawet najbliższych. Wydaje mi się, że to wypieram. Nie dopuszczam nawet do swojej świadomości, że w związku z zaistniałą sytuacją mogłaby się zdarzyć krzywda komuś z mojej rodziny lub któremuś z przyjaciół. Jestem wdzięczna losowi, za to, że mam moją małą rodzinę, że możemy ten irracjonalny czas spędzać razem. Kursujemy między salonem, a sypialnią. Pokojem Młodego, a kuchnią. Jakiś czas temu któryś z sąsiadów pozbył się rowerku spiningowego, więc na czas tej przymuszonej niedoli zatargaliśmy go do domu i teraz możemy sobie też trenować na balkonie. Rzeczy, które nam nie idą zupełnie to nauczanie w domu, bo mimo izolacji obydwoje pracujemy. Marcin do piątku odwiedzał biuro, ja już od jakiegoś czasu pracuję z domu. Trudno pogodzić to z zadaniami, które wyznaczyła szkoła, chociaż jak widzę ile napocić muszą się rodzice w Polsce, to u nas jest kompletny luz. Nie wiemy ile czasu jeszcze to wszystko potrwa. Marzyłam o spędzeniu świąt w domu rodziców, a teraz może się okazać, że nie zobaczę ich do wakacji. To wszystko banalne sprawy, o których piszę, ale nasze życie koniec końców z takich banałów się składa. Na pewno banalnym nie jest, że pierwszy raz musi dziać się nic, żeby stało się coś. Dbajcie o siebie i zostańcie w domu!
sobota, 3 sierpnia 2019
63 (o upadku, korespondencja z Polski)
Przjechałam do
Polski na prawie miesiąc. Czytam w internecie o tym jacy ludzie są przerażeni
bo w w kraju pojawił się nowy potwór: LGBT. Pod kolejnymi arykułami dotyczącymi
tematu środowisk osób homoseksualnych i transpółciowych wylewa się gówno, napędza
kolejne i tak płynie nieustanna fala napędzana przez ludzi, których niefortunnie
uważa się w tym kraju za autorytety. Jakiś dziadek, który z własnej woli wybrał
życie w jakiejś skrajnej formie, nie mającej praktycznie nic wspólnego z życiem
codziennym zwykłych ludzi opowiada bajki o zarazie. Jego postawa, myśl
która będzie miała wpływ na tych którzy jej słuchają jest kwintesencją perfidii
i hipokryzji. Jest świadectwem tego, jak bardzo kościół oderwany jest od rzeczywistości,
co więcej jest świadectwem upadku tego kościoła. Im więcej tego słucham tym
jestem bardziej pewna, że to ostatnie tchnienie tej instytucji. I wiecie co? Jest
mi przykro. Nie jestem osobą wierzącą, z egzystencjalną troską radzę sobie w
inny sposób. Nie potrzebuję wiary do tego, by poradzić sobie ze strachem przed nieszczęściami,
czy ostatecznie przed śmiercią. Miałam to szczęście w życiu odebrać odpowiednią
ilość edukacji, by znaleźć inne sposoby na sublimację owych trosk. Ale mam
świadomość, że wielu ludzi tego kościoła potrzebuje, bo jest to jedyna forma
wspólnoty w jakiej mają okazję uczestniczyć. Wiara pomaga im przetrwać i poradzić
sobie z tym, że wszystko czego doświadczyli, zrobili w życiu ostatecznie na
końcu nie będzie miało sensu. Tymczasem miejsce, które im to wszystko zapewnia
pędzi ponad stówę na godzinę drogą jednokierunową zakończoną grubym na metr
stalowym ogrodzeniem. Opowiadając bzdury o kolejnych zagrożeniach, figurach
abstrakcyjnych jak genger czy LGBT, siejąc kolejne nieprawdziwe, przesiąknięte
nienawiścią historyjki kościoł w Polsce nie przyciągnie do siebie ludzi młodych.
A niestety tylko w taki sposób miałby jakąkolwiek szansę przetrwać. Ale o czym
ja mówię. To już jest koniec. Nie wiem co musiałoby się stać żeby ludzie młodzi,
wolni, myślący, a mam mimo wszystko wrażenie, że takich w Polsce jest więcej
chcieli uczestniczyć w tej wspólnocie. Mogłabym powiedzieć, że to początek
końca, ale to nie początek tylko już prawie koniec. Wątpię, że ten tekst przeczyta
ktokolwiek, kto popiera te falę nienawiści, ale może przez przypadek znajdzie
się jedna zbłąkana duszyczka, która popiera, dlatego mam coś na pocieszenie, przykład
z Berlina, w którym sobie mieszkam od paru lat. Kościoły nadają się świetnie
pod takie duże place zabaw dla dzieci, można wewnątrz spokojnie budować
konstrukjce do wspinania i wszelkich innych aktywności, by młodych ludzi, przyszłe
pokolenia uczyć żyć w wspólnocie. Wspólnocie radości i miłości.
czwartek, 9 sierpnia 2018
62 (mamozonkowe zmiany zawodowe i zdrowotne)
Zauważyłam, że zaczynam pisać tutaj dwa posty rocznie, jeden
zimą i jeden latem. Może dodam jeszcze jeden jesienią i jeden na wiosnę, będzie
ich wtedy aż cztery! A może po prostu nie będę obiecywała ani sobie, ani
czytelnikom, że coś tutaj będzie pojawiało się regularnie, bo zwyczajnie nie
dotrzymuję tej obietnicy i potem znów muszę pisać, że się nie udało etc.
Nieważne. Ważne, że jestem tutaj dla Was dziś i opowiem Wam o zmianach jakie
zaszły w moim życiu, przez ostatni rok, a nawet rok i kilka miesięcy.
W zeszłym roku, w miesiącu sierpniu, mniej więcej w połowie
zaczęłam kurs Webdesignu. Na pytanie dlaczego zdecydowałam się na taki krok,
niejako obrót mojej „kariery” o 180 stopni opowiem Wam w osobnym poście, albo
przy kawie kiedy spotkamy się w Berlinie lub gdzieś w Polsce. Liczy się fakt,
że o ten kurs walczyłam prawie pół roku, a żeby go zdobyć musiałam przejść masę
bardzo nieprzyjemnych i w jakimś sensie poniżających dla mnie sytuacji. O
jednej z nich piszę dwa posty wcześniej. Jak zapewne wiecie albo nie wiecie u
mnie już tak jest, że nic nie przychodzi mi łatwo i są na tym świecie ludzie,
którzy w niemieckim urzędzie pracy dofinansowanie do przekwalifikowania się
dostają od ręki, a są tacy, którzy się nazywają Karolina i muszą się nachodzić,
nastać, naczekać, zrobić parę awantur
etc. Koniec końców dostałam to czego chciałam i znalazłam się w szkole, gdzie
codziennie praktycznie od rana do wieczora z mniejszym i większym sukcesem
nauczyciele kładli mi do łba podstawy HTML, CSS, JS, PHP itp. Niektóre moduły
były fajne inne nie, jak to w każdej szkole wszystko zależało od tego, kto je
prowadził i czy potrafił przekazać wiedzę. Kurs ukończyłam w grudniu, a już
praktycznie w listopadzie zaczęłam szukać pracy jako tester oprogramowania idąc
w ślady mojej koleżanki Pauliny (odwiedźcie koniecznie jej bloga). Uczęszczanie na rozmowy przerwała mi
operacja, która odbyła się w styczniu (klik). Gdyby skończyło się na operacji,
dojściu do siebie etc. byłoby w moim życiu śmiertelnie nudno. Niedługo po
powrocie do domu okazało się, że cierpię na nową chorobę jaką jest zakrzepica
żył głębokich. W planach miałam, że zaraz po tym jak przestanę leżeć plackiem
wrócę do poszukiwań pracy, ale okazało się, że kuleję na prawą nogę i trudno
jest to ukryć przed potencjalnym pracodawcą wchodząc na rozmowę o pracę. Mimo tego, udało mi się krótko po tym jak
praktycznie kilka razy w tygodniu odwiedzałam pobliskie pogotowie dostać pracę
w firmie robiącej software dla branży motoryzacyjnej. Kiedy piszę te słowa mam ochotę
zadać sobie pytanie: jak ja to kurwa robię? Co więcej z perspektywy czasu
wydaje mi się zabawne, że na niektóre rozmowy chodziłam z ukrytą pod ładną
bluzką boląca, niezagojoną raną, w której zbierało się osocze i nie było
możliwości bym mogła się jakkolwiek rozsiąść i swobodnie rozmawiać.
Od marca pracuję kilka dni w miesiącu, ponieważ praca jest w
niepełnym wymiarze godzin, próbuję też wyzdrowieć i codziennie grzecznie łykam
tabletki rozpuszczające zakrzep, który powstał w mojej stopie. Co może wydać
się interesujące to fakt, że mój chirurg wysłał mnie do centrum krzepliwości
krwi (nie wiem jak nazywa się polski odpowiednik takiego miejsca), gdzie
przeprowadzono mi szereg badań i okazało się, że jestem nosicielem mutacji
genetycznej o wdzięcznej nazwie Faktor V Leiden. A oznacza to mniej więcej, że
cierpię na wrodzoną trombofilię. Nie wiem czy ta wiadomość jakoś mnie
zaszokowała, chyba po diagnozie jaką jest rak trudno przejąć się takimi
rzeczami. Pewnym jest jednak, że wszystkie wcześniejsze niepowodzenia, a w tym
największe czyli utrata pierwszej zrekonstruowanej piersi były spowodowane tą
mutacją. Myśl ta w jakimś sensie mi pomaga, bo nie zadaję sobie pytania
dlaczego tak się stało i czy mogło stać się inaczej. Teraz wiem co mi jest i
wiem, że przy kolejnych operacjach muszę dostawać specjalne leki itd. A
następne odbędą się prędzej czy później. Obecnie jestem na etapie dyskusji z
kasą chorych, która jak zapewne wiecie z mojego facebooka odmówiła mi
napełnienia nowej piersi własnym tłuszczem, a w zamian oferując mi operacje,
które już miałam. Jak tylko dowiem się w jaki sposób ludziom odrastają mięśnie
i amputowane elementy ciała dam Wam znać, bo będzie to dosyć duży przełom w
medycynie, a co za tym idzie na pewno usłyszycie o mnie w prasie albo
telewizji. A mówiąc już poważnie, wiele się działo i pewnie wiele jeszcze
zadzieje. Czuję, że streściłam Wam nieco z mojego życia, aczkolwiek jest to
mały procent. Kto dotrwał do końca ten dostaje ode mnie wirtualnego buziaka.
Pozdrawiam Was i do usłyszenia!
środa, 24 stycznia 2018
61 (operacj(a)(e))
Wtorek 09.01.2018 moich lekarzy widziałam ostatnio w lipcu
kiedy przekładałam termin operacji, od tamtego czasu zero kontaktu. Ekspander,
który noszę pod skórą od września 2016 roku jest napełniony, skóra się
równomiernie naciąga, wszystko przebiega zgodnie z planem, nie ma i nie było zatem
potrzeby kolejnej wizyty. Jestem już w głębokim stresie, chodzę rozkojarzona,
zamyślona. Marcin mówi, że prawie się nie odzywam, a ja owszem prowadzę
wewnętrzny monolog. Prędkość myśli przekracza tę zwyczajną. No dobra, przejadę
się do szpitala, żeby chociaż się upewnić, że w czwartek idę pod nóż. W
szpitalu mówią, że mam przyjść jutro, od 8 rano będę mogła załatwić
formalności, -„tylko proszę nie zapomnieć numerka w poczekalni, bo będzie pani
tam siedziała wieki”. Nie zapomnę, będę tutaj operowana czwarty raz.
Środa 10.01.2018 siedzę w poczekalni, ku memu zdziwieniu
prócz mnie tylko kilka osób (zawsze jest tu tłoczno). Starsi mają problemy z maszyną do numerków, bo
prócz tego, że wybiera się cel wizyty trzeba jeszcze potwierdzić odpowiednim
przyciskiem rezerwację biletów. Czekam może pół godziny. –„Ma pani skierowanie?
Przepraszamy, ale dziś u nas zamieszanie bo nie działają drukarki, musimy
biegać od jednej do drugiej, w trakcie operacji pobierzemy krew, czy zgadza się
Pani by później została wykorzystana przez naszych studentów? Czy wyraża Pani
zgodę, że w przypadku śmierci szpital będzie mógł wykorzystać Pani ciało do
celów naukowych?” Podwójne tak, róbcie co chcecie, jakby mi się umarło, będzie
mi już obojętne, a jeśli mogę się na coś przydać…, trup, a jednak się przydaje,
kto by pomyślał. Umowa podpisana, zapraszamy do ambulatorium, zapraszamy na
rozmowę z anestezjologiem, w amoku daję się namówić na jakieś dodatkowe
znieczulenie, które ponoć spowoduje, że po przebudzeniu nie będę czuła bólu od
razu,... akurat. „-Bo wie Pani, będzie ciągnąć i boleć?”. Wiem, mam doświadczenie.
Potem krew i rozmowa z dwoma chirurgami. „Wszystko wiemy, wszystko ustalone,
skóra piękna, chcemy potem coś poprawiać w zdrowej piersi? (czyt. Ma już swoje
lata)”. Nie wiem, na razie nie poruszajmy tego tematu, skupmy się na pierwszym
celu, zamiast jednego cycka mają być dwa ok? Do jutra, do widzenia, widzimy się
na bloku, głowa do góry, będzie extra.
Wieczór. Godz. 20.00 dzwoni telefon. Któż to może dzwonić o
tej porze. O znam ten numer,
Chirurgische Ambulanz. „-Guten Abend Frau Goerlich, dzwonię w ważnej sprawie.
Bo Pan profesor tak myśli i myśli, pełen jest wątpliwości, bo chcemy dla Pani jak
najlepiej, a może się okazać, że będzie jak najgorzej. Bo chcemy mieć
alternatywę, bo sama Pani rozumie, najważniejszy jest tutaj cycek, planowaliśmy
z pośladka, ale to czasem nie wychodzi, bo to pionierska metoda, bo jeszcze nad
nią pracujemy, bo myślimy i się namyślamy, może Pani wyrazi zgodę, że jutro
zadecydujemy, jak już Pani będzie spała smacznie. Bo mamy alternatywę, płat z
mięśnia najszerszego grzbietu, co Pani na to, możemy przenieść mięsień, możemy
potem to tu to tam odessać tłuszcz i będzie pierś, bez ryzyka”. Jeszcze przed
telefonem trudno było mi się skupić, teraz nie wiem jak się nazywam. Płat z
pleców? Google pomóż, grupo Amazonki pomóż, ktoś ma doświadczenia? Ktoś może
coś doradzić, dlaczego mówią mi to teraz, w zasadzie parę godzin przed
operacją? Mętlik i niedowierzanie. Już wiem, że sama nie dotrę do szpitala,
potrzebuję kogoś kto będzie jutro myślał za mnie.
Nie śpię prawie wcale, budzę się co kwadrans, żeby sprawdzić
czy nie zaspałam i czy już mam się ubierać i jechać. Walizka spakowana, dziecko
ucałowane, kolczyki zostawiam w domu. Nogi z waty, głowa z waty cukrowej, ręce
z lodu, serce ciężkie wali jak młot.
Czwartek 11.01.2018
„Dzień dobry, Guten morgen, Pani dziś pierwsza, zapraszamy…
aaaa chce Pani z chirurgiem porozmawiać? A to zaraz zadzwonimy, przyjdzie ktoś
z góry i wszystko wyjaśni”. Na przyjście z góry, z samego nieba chirurgii
czekamy półtorej godziny, ja już w koszulince, pod pierzynką w moim łóżku, a
Marcin ze spojrzeniem utkwionym w zegar, bo myślał, że się nie spóźni do pracy,
a jednak. Przychodzi dwóch, ona i on, inna Para niż wczoraj. Zaczynają
tłumaczyć, najpierw ona potem on, że najpierw wejdą przez klatkę piersiową,
zobaczą co tam się pokaże, jak prezentują się naczynia, bo jedni mają długie, a
inni krótkie i to jest w zasadzie sprawa kluczowa. Z krótkimi naczyniami nie
połączy się tkanki nawet z najdorodniejszego pośladka, a wierzcie mi,
wyhodowałam przez ostatni rok dorodne. Także ten tego ten, są różne sposoby, a
chcemy żeby było pięknie i zdrowo. Jest mi już obojętne, niech robią co chcą,
niech robią jak najlepiej, do widzenia, do zobaczenia za 600 minut, widziałam,
że tak stoi w planie operacji, viel Spass, widzimy się później.
Budzę się po 17.00 dupa cała, ale nie mogę ruszyć ręką. A
jednak, moje naczynia dały za przeproszeniem dupy, co brzmi zabawnie w tej
sytuacji. Pamiętam, że lekarz pyta jak się czuję odpowiadam mu „comme ci comme
ca” co jest dosyć irracjonalne, bo jest z pochodzenia Grekiem, ale mój
spowolniony narkozą mózg kwalifikuje go do grupy mówiącej po francusku. Poza
tym jesteśmy w szpitalu Charité
(po francusku: miłosierdzie), zatem nikt nie powinien się obrażać. Jestem
otumaniona, ale umiem poprosić o wodę. Niedługo przychodzi ktoś i
zabiera mnie na salony, Station 110, no to jedziemy. Tam czeka już Marcin,
chyba źle wyglądam, bo w jego twarzy słabo odbija się mój pooperacyjny blask.
No, nie mam kawałka pleców, ale to dobrze, wszystko będzie dobrze.
Wkrótce zostaję sama, tzn. na pastwę pielęgniarek i albo to
ja albo one, ale dzieje się źle. Jedna, sądząc po wieku doświadczona proponuje
mi abym wstała i się przeszła. Czemu nie, wprawdzie dopiero co przyjechałam ale
chodzić trzeba, krew krążyć musi. „-Ja ci kochanieńka pomogę, zaraz się przejdziesz
tutaj pięknie do drzwi i wrócisz, dreny odczepimy od materaca, cewnik pod pachę
i w drogę”. Jestem lekko upośledzona po tym kilkogodzinnym majstrowaniu przy
moich tkankach, zatem zgadzam się na wszystko, także by pani założyła mi
koszulinkę moją własną, z domu przyniesioną. Nie rejestruję za bardzo co się
dzieje, cieszę, się, że dostaję kanapkę i jakoś udaje mi się przetrwać ten
wieczór. Jeszcze mi się wydaje, że jest super, ale zaraz przestaje. Mam bardzo
wysokie ciśnienie, a do drenu, którego nie widzę bo dynda z boku łożka leje się
krew. „-Ojojoj, już leci na skrzydłach lekarka, a ubierała się do wyjścia, no
coś takiego no”. Jednak pooperacyjne spacery mi nie służą. Krwawienie wewnątrz
rany. Musimy otworzyć, ale nie ma sali, czekamy i uciskamy. Kurwa uciskamy,
raną do skórzanego worka z piaskiem. Mówiłam już, że mnie boli? Boli, a
dociskając boli jeszcze bardziej. Dociskam tak 4h, bo nie ma wolnej Sali, bo za
dużo jest ludzi z wypadków, których życie oddala się szybciej niż moje. Sensacyjną
wiadomością okazuje się, to, że zjadłam kolację, a wiadomo, przed narkozą sześć
godzin jeść nie można. Informacja o tym, że jadłam rozprzestrzenia się z
prędkością światła, przekazywana z ust do ust ostatecznie wywołuje u mnie atak
paniki, bo mam wizję wymiotów w trakcie operacji, zarzygania się na śmierć itd.
Jeszcze tylko zmienię łóżko na operacyjne, jeszcze tylko wdrapię się na
dmuchany materac, żeby nic nie zniszczyć, co zostało już zrobione i można ciąć,
drugi już raz dzisiaj, a nie przepraszam jest piątek 12.01.2018.
Nad ranem, a dokładnie o 4.00 wracam na salony, siostry od
spacerów już nie ma, pewnie poszła spacerkiem na przystanek. Żyję, krew
zatamowana, kanapka strawiona, boli mnie wszystko, przez resztę tygodnia boleć będzie mniej i bardziej, w różnych miejscach, a najbardziej w operowanym boku. Ale jest cyc, a raczej cyca początek, bo jeszcze czeka mnie ok. 5 operacji odsysania tłuszczu i napełniania tam gdzie trzeba. Jedni mówią, że jestem odważna, a ja biorę też pod uwagę fakt, że jestem bardzo głupia.
czwartek, 20 lipca 2017
60 (czy to miejsce jest twoje?)
Ostatnie, niecałe dwa tygodnie spędziłam w Polsce. Wyjazd planowany na szybko podyktowany był tym, że od sierpnia idę na parę miesięcy do szkoły, a co za tym idzie, nie będę mogła pozwolić sobie na odwiedzanie rodzinnych stron. W ostatnich latach moje wyjazdy przebiegają według podobnego scenariusza. Scenariusza emigranta, rodzina, znajomi (z każdym chciałoby się zamienić słowo, ale nie zawsze starcza czasu), fryzjer, szewc, zakupy czyli biały ser półtłusty, barszcz, żurek, kiełbasa. Do tej listy pasowałoby jeszcze kino, ale tym razem nie za bardzo było na co pójść, zatem zrezygnowałam z tego punktu.
Z każdą wizytą słyszę te same pytania, czy nie chciałabym może wrócić, pyta ktoś nieśmiało, czy mi tam dobrze, pyta kto inny nie dowierzając, czy nie boję się zamachów (moje ulubione)pyta ktoś, kto przedawkował polską TV.
Nie mam gotowych odpowiedzi na te pytania, bo pomimo tego, że na początku przyszłego miesiąca stuknie mi 5 lat w Niemczech nadal jestem w jakimś sensie jedną nogą w Polsce. Co więcej, chyba zawsze będę. Dom to nie miejsce lecz stan śpiewała Katarzyna Nosowska, a ja dodałabym, że dom to stan, w którym otaczają cię ludzie. Rodzina ta bliższa i dalsza, ale także znajomi, z którymi jak się okazuje znasz się prawie 25 lat. Mój dom jest tam gdzie, ktoś serdecznie mnie wita, gdzie z zainteresowaniem słucha tego co mam do powiedzenia, gdzie otwarcie opowie mi o swoich troskach i radościach. Mój dom jest już też po części tutaj. Tak się złożyło, że w Berlinie zamieszkało równolegle ze mną kilku przyjaciół z czasu studiów, ale przede wszystkim tutaj jest dom mojego syna. Nawet jeśli czasem myślę, że to miejsce nie jest do końca moje, wiem na pewno, że należy do Piotrka. Myślę o tym kiedy widzę jak pewnie się czuje w naszej okolicy. Ma swoje miejsca, ulubione place zabaw, zna drogę do przedszkola, wie gdzie są najlepsze lody i że w autobusie dwupiętrowym najlepszy widok jest z przodu, u góry. Trochę mu zazdroszczę, nie poznał jeszcze tego dojmującego uczucia rozerwania, wielkiego rozkroku obejmującego dwa państwa, ale chciałabym, żeby w przyszłości wiedział, że jego miejsce jest tam gdzie bliscy, którzy potrafią go wysłuchać.
Z każdą wizytą słyszę te same pytania, czy nie chciałabym może wrócić, pyta ktoś nieśmiało, czy mi tam dobrze, pyta kto inny nie dowierzając, czy nie boję się zamachów (moje ulubione)pyta ktoś, kto przedawkował polską TV.
Nie mam gotowych odpowiedzi na te pytania, bo pomimo tego, że na początku przyszłego miesiąca stuknie mi 5 lat w Niemczech nadal jestem w jakimś sensie jedną nogą w Polsce. Co więcej, chyba zawsze będę. Dom to nie miejsce lecz stan śpiewała Katarzyna Nosowska, a ja dodałabym, że dom to stan, w którym otaczają cię ludzie. Rodzina ta bliższa i dalsza, ale także znajomi, z którymi jak się okazuje znasz się prawie 25 lat. Mój dom jest tam gdzie, ktoś serdecznie mnie wita, gdzie z zainteresowaniem słucha tego co mam do powiedzenia, gdzie otwarcie opowie mi o swoich troskach i radościach. Mój dom jest już też po części tutaj. Tak się złożyło, że w Berlinie zamieszkało równolegle ze mną kilku przyjaciół z czasu studiów, ale przede wszystkim tutaj jest dom mojego syna. Nawet jeśli czasem myślę, że to miejsce nie jest do końca moje, wiem na pewno, że należy do Piotrka. Myślę o tym kiedy widzę jak pewnie się czuje w naszej okolicy. Ma swoje miejsca, ulubione place zabaw, zna drogę do przedszkola, wie gdzie są najlepsze lody i że w autobusie dwupiętrowym najlepszy widok jest z przodu, u góry. Trochę mu zazdroszczę, nie poznał jeszcze tego dojmującego uczucia rozerwania, wielkiego rozkroku obejmującego dwa państwa, ale chciałabym, żeby w przyszłości wiedział, że jego miejsce jest tam gdzie bliscy, którzy potrafią go wysłuchać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

