Pokazywanie postów oznaczonych etykietą operacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą operacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2018

61 (operacj(a)(e))



Wtorek 09.01.2018 moich lekarzy widziałam ostatnio w lipcu kiedy przekładałam termin operacji, od tamtego czasu zero kontaktu. Ekspander, który noszę pod skórą od września 2016 roku jest napełniony, skóra się równomiernie naciąga, wszystko przebiega zgodnie z planem, nie ma i nie było zatem potrzeby kolejnej wizyty. Jestem już w głębokim stresie, chodzę rozkojarzona, zamyślona. Marcin mówi, że prawie się nie odzywam, a ja owszem prowadzę wewnętrzny monolog. Prędkość myśli przekracza tę zwyczajną. No dobra, przejadę się do szpitala, żeby chociaż się upewnić, że w czwartek idę pod nóż. W szpitalu mówią, że mam przyjść jutro, od 8 rano będę mogła załatwić formalności, -„tylko proszę nie zapomnieć numerka w poczekalni, bo będzie pani tam siedziała wieki”. Nie zapomnę, będę tutaj operowana czwarty raz. 
Środa 10.01.2018 siedzę w poczekalni, ku memu zdziwieniu prócz mnie tylko kilka osób (zawsze jest tu tłoczno). Starsi mają problemy z maszyną do numerków, bo prócz tego, że wybiera się cel wizyty trzeba jeszcze potwierdzić odpowiednim przyciskiem rezerwację biletów. Czekam może pół godziny. –„Ma pani skierowanie? Przepraszamy, ale dziś u nas zamieszanie bo nie działają drukarki, musimy biegać od jednej do drugiej, w trakcie operacji pobierzemy krew, czy zgadza się Pani by później została wykorzystana przez naszych studentów? Czy wyraża Pani zgodę, że w przypadku śmierci szpital będzie mógł wykorzystać Pani ciało do celów naukowych?” Podwójne tak, róbcie co chcecie, jakby mi się umarło, będzie mi już obojętne, a jeśli mogę się na coś przydać…, trup, a jednak się przydaje, kto by pomyślał. Umowa podpisana, zapraszamy do ambulatorium, zapraszamy na rozmowę z anestezjologiem, w amoku daję się namówić na jakieś dodatkowe znieczulenie, które ponoć spowoduje, że po przebudzeniu nie będę czuła bólu od razu,... akurat. „-Bo wie Pani, będzie ciągnąć i boleć?”. Wiem, mam doświadczenie. Potem krew i rozmowa z dwoma chirurgami. „Wszystko wiemy, wszystko ustalone, skóra piękna, chcemy potem coś poprawiać w zdrowej piersi? (czyt. Ma już swoje lata)”. Nie wiem, na razie nie poruszajmy tego tematu, skupmy się na pierwszym celu, zamiast jednego cycka mają być dwa ok? Do jutra, do widzenia, widzimy się na bloku, głowa do góry, będzie extra.
Wieczór. Godz. 20.00 dzwoni telefon. Któż to może dzwonić o tej  porze. O znam ten numer, Chirurgische Ambulanz. „-Guten Abend Frau Goerlich, dzwonię w ważnej sprawie. Bo Pan profesor tak myśli i myśli, pełen jest wątpliwości, bo chcemy dla Pani jak najlepiej, a może się okazać, że będzie jak najgorzej. Bo chcemy mieć alternatywę, bo sama Pani rozumie, najważniejszy jest tutaj cycek, planowaliśmy z pośladka, ale to czasem nie wychodzi, bo to pionierska metoda, bo jeszcze nad nią pracujemy, bo myślimy i się namyślamy, może Pani wyrazi zgodę, że jutro zadecydujemy, jak już Pani będzie spała smacznie. Bo mamy alternatywę, płat z mięśnia najszerszego grzbietu, co Pani na to, możemy przenieść mięsień, możemy potem to tu to tam odessać tłuszcz i będzie pierś, bez ryzyka”. Jeszcze przed telefonem trudno było mi się skupić, teraz nie wiem jak się nazywam. Płat z pleców? Google pomóż, grupo Amazonki pomóż, ktoś ma doświadczenia? Ktoś może coś doradzić, dlaczego mówią mi to teraz, w zasadzie parę godzin przed operacją? Mętlik i niedowierzanie. Już wiem, że sama nie dotrę do szpitala, potrzebuję kogoś kto będzie jutro myślał za mnie.
Nie śpię prawie wcale, budzę się co kwadrans, żeby sprawdzić czy nie zaspałam i czy już mam się ubierać i jechać. Walizka spakowana, dziecko ucałowane, kolczyki zostawiam w domu. Nogi z waty, głowa z waty cukrowej, ręce z lodu, serce ciężkie wali jak młot.
Czwartek 11.01.2018
„Dzień dobry, Guten morgen, Pani dziś pierwsza, zapraszamy… aaaa chce Pani z chirurgiem porozmawiać? A to zaraz zadzwonimy, przyjdzie ktoś z góry i wszystko wyjaśni”. Na przyjście z góry, z samego nieba chirurgii czekamy półtorej godziny, ja już w koszulince, pod pierzynką w moim łóżku, a Marcin ze spojrzeniem utkwionym w zegar, bo myślał, że się nie spóźni do pracy, a jednak. Przychodzi dwóch, ona i on, inna Para niż wczoraj. Zaczynają tłumaczyć, najpierw ona potem on, że najpierw wejdą przez klatkę piersiową, zobaczą co tam się pokaże, jak prezentują się naczynia, bo jedni mają długie, a inni krótkie i to jest w zasadzie sprawa kluczowa. Z krótkimi naczyniami nie połączy się tkanki nawet z najdorodniejszego pośladka, a wierzcie mi, wyhodowałam przez ostatni rok dorodne. Także ten tego ten, są różne sposoby, a chcemy żeby było pięknie i zdrowo. Jest mi już obojętne, niech robią co chcą, niech robią jak najlepiej, do widzenia, do zobaczenia za 600 minut, widziałam, że tak stoi w planie operacji, viel Spass, widzimy się później.
Budzę się po 17.00 dupa cała, ale nie mogę ruszyć ręką. A jednak, moje naczynia dały za przeproszeniem dupy, co brzmi zabawnie w tej sytuacji. Pamiętam, że lekarz pyta jak się czuję odpowiadam mu „comme ci comme ca” co jest dosyć irracjonalne, bo jest z pochodzenia Grekiem, ale mój spowolniony narkozą mózg kwalifikuje go do grupy mówiącej po francusku. Poza tym jesteśmy  w szpitalu Charité (po francusku: miłosierdzie), zatem nikt nie powinien się obrażać. Jestem otumaniona, ale umiem poprosić o wodę. Niedługo przychodzi ktoś i zabiera mnie na salony, Station 110, no to jedziemy. Tam czeka już Marcin, chyba źle wyglądam, bo w jego twarzy słabo odbija się mój pooperacyjny blask. No, nie mam kawałka pleców, ale to dobrze, wszystko będzie dobrze.
Wkrótce zostaję sama, tzn. na pastwę pielęgniarek i albo to ja albo one, ale dzieje się źle. Jedna, sądząc po wieku doświadczona proponuje mi abym wstała i się przeszła. Czemu nie, wprawdzie dopiero co przyjechałam ale chodzić trzeba, krew krążyć musi. „-Ja ci kochanieńka pomogę, zaraz się przejdziesz tutaj pięknie do drzwi i wrócisz, dreny odczepimy od materaca, cewnik pod pachę i w drogę”. Jestem lekko upośledzona po tym kilkogodzinnym majstrowaniu przy moich tkankach, zatem zgadzam się na wszystko, także by pani założyła mi koszulinkę moją własną, z domu przyniesioną. Nie rejestruję za bardzo co się dzieje, cieszę, się, że dostaję kanapkę i jakoś udaje mi się przetrwać ten wieczór. Jeszcze mi się wydaje, że jest super, ale zaraz przestaje. Mam bardzo wysokie ciśnienie, a do drenu, którego nie widzę bo dynda z boku łożka leje się krew. „-Ojojoj, już leci na skrzydłach lekarka, a ubierała się do wyjścia, no coś takiego no”. Jednak pooperacyjne spacery mi nie służą. Krwawienie wewnątrz rany. Musimy otworzyć, ale nie ma sali, czekamy i uciskamy. Kurwa uciskamy, raną do skórzanego worka z piaskiem. Mówiłam już, że mnie boli? Boli, a dociskając boli jeszcze bardziej. Dociskam tak 4h, bo nie ma wolnej Sali, bo za dużo jest ludzi z wypadków, których życie oddala się szybciej niż moje. Sensacyjną wiadomością okazuje się, to, że zjadłam kolację, a wiadomo, przed narkozą sześć godzin jeść nie można. Informacja o tym, że jadłam rozprzestrzenia się z prędkością światła, przekazywana z ust do ust ostatecznie wywołuje u mnie atak paniki, bo mam wizję wymiotów w trakcie operacji, zarzygania się na śmierć itd. Jeszcze tylko zmienię łóżko na operacyjne, jeszcze tylko wdrapię się na dmuchany materac, żeby nic nie zniszczyć, co zostało już zrobione i można ciąć, drugi już raz dzisiaj, a nie przepraszam jest piątek 12.01.2018.
Nad ranem, a dokładnie o 4.00 wracam na salony, siostry od spacerów już nie ma, pewnie poszła spacerkiem na przystanek. Żyję, krew zatamowana, kanapka strawiona, boli mnie wszystko, przez resztę tygodnia boleć będzie mniej i bardziej, w różnych miejscach, a najbardziej w operowanym boku. Ale jest cyc, a raczej cyca początek, bo jeszcze czeka mnie ok. 5 operacji odsysania tłuszczu i napełniania tam gdzie trzeba. Jedni mówią, że jestem odważna, a ja biorę też pod uwagę fakt, że jestem bardzo głupia. 
Pozdrawiam i dziękuje Wszystkim przyjaciołom, którzy przez ostatni tydzień wspierali moją mękę szpitalną. Szczególne podziękowania kieruję w stronę mojej Mamy, która przyjechała specjalnie z Polski, by pomóc nam przy Młodym, a także by pomagać mi w szpitalu.  

piątek, 15 sierpnia 2014

17

Nie, limit złych zdarzeń się nie wyczerpał, jak wyraźnie wskazuje mój obecny stan pech trwa i ma się dobrze. Nową pierś miałam, aż całe 4 dni, bo później zrobił się skrzep i po tym jak napuchłam do granic możliwości musieli mnie w nocy operować i zdjąć tą super śliczną, nową pierś. Dobrze, że nie zdążyłam się z nią zaprzyjaźnić, dobrze, że proteza czekała na mnie spokojnie w domu. Zasiliłam tym samym grono 1% pacjentek, u których pojawiają się komplikację, ale jestem pierwsza, u której zdarzyło się to tak późno, kiedy wszyscy byli już przekonani, że za dwa dni wychodzę do domu. Mówiłam sobie, że 2014 będzie wspaniały, że wszystko się uda według planu, że będę mogła wrócić do normalności, że w kolejnym roku i następnym będę borykała się już tylko z mniejszymi problemami. Widocznie tak nie będzie. Co dalej? Nie poddaję się, spróbuję za jakiś czas znów, szkoda, że nie można znów z brzucha, ale ciało dostarcza jeszcze kilka możliwości. Nie wiem jak wielki jest mój pech, może kolejny raz też okaże się felerny. żartowałam wczoraj po przeczytaniu listu od lekarza, który chce mnie przyłączyć do specjalnego programu monitorowania raka piersi, że za 40 lat przed śmiercią zapytają mnie czy mogliby moje ciało wystawić jako eksponat w formalinie, bo przecież tyle było w nim niesamowitych i ciekawych medycznie ingerencji. Jak się czuję? Tak sobie, chociaż psychicznie nad wyraz dobrze, chyba powoli obrastam w jakiś pancerz i takie porażki czy niespodzianki nie robią już większego wrażenia na mojej psychice. Są tego wszystkiego plusy (wiem zaskakujące, ale są), otóż operacja to nic ciężkiego, szykowałam się bogata w doświadczenia po mastektomii, na Bóg wie jaki ból, a nie było go praktycznie wcale. Skoro pomagał ibuprofen to chyba, nie można nazwać pooperacyjnym bólem, także nie ma się czego bać. Brzucha mi nie usunęli (po raz drugi) więc jest, napięty jak skóra na bębnie, zero fałdek, no chyba jak się mocno schylę to robią się takie malutkie. Poruszam się na razie w dziwnej pozycji i wyglądam trochę jak szpieg z krainy deszczowców, bo skóra na brzuchu ciągnie. Dziś wyjęli mi dreny także jestem już wolna, od kabli etc. W poniedziałek idę na kontrolę, po 2 tygodniach od operacji zdejmą szwy z brzucha. Dobra, dosyć medycznych bzdur. W szpitalu czytałam Botanikę duszy. Wciągająca lektura, chociaż literacka przeszłość autorki może odstraszać z ręką na sercu mówię, że warto przeczytać tę książkę. Aha, a kto nie wie jak wygląda szpieg z krainy deszczowców, na którym teraz wzoruję swoje ruchy to proszę pod spodem film (1;26)


o to ja:


środa, 30 lipca 2014

16

Dwa tygodnie spędziliśmy w Polsce. Piotruś odbywał jak to się określa "wakacje u dziadków". Wszystkie atrakcje i sytuacje jak zrywanie malin i jedzenie prosto z krzaczka oraz obdarte kolana zaliczone. Mama w tym czasie biegała po urzędach, bo okazało się, że od czasu wyrobienia pierwszego dowodu osobistego minęło już dziesięć lat i dokumenty straciły ważność, jak ten czas leci chciałoby się powiedzieć, ano leci, jeszcze pół roku temu zastanawiałam się jak żyć, skoro jestem skazana na branie leków powodujących zapaść mojego organizmu i menopauzę przed trzydziestką, a teraz nie ma to większego znaczenia i już bardzo poddenerwowana czekam na operację, która od dziś równo za tydzień. W piątek muszę zrobić mammo piersi, która się ostała, bo muszą być pewni, że nie trzeba mnie patroszyć jak Angeliny Jolie. W poniedziałek rozmowa z anestezjologiem, ostatnie oględziny i w środę po 7 godzinach narkozowego snu obudzę się na OIOMie, na którym spędzę decydującą dobę. Decydującą czy przeszczepiona skóra przyjęła się czy się nie przyjęła. Przeczytałam już cały internet na ten temat, wszystkie panie, które przeszły tę operację piszą, że warto, że cycki po pół roku jak malowane, dam wam znać czy mówiły prawdę. Dla mnie ta operacja ma nie tyle znaczenie estetyczne, co symboliczne, bo chcę nią zamknąć temat rakowych smutków i przejść do etapu normalnego życia, z cyckami w liczbie dwóch. Chciałam nawet zorganizować jakąś imprezę pożegnalną w czasie, której będę mogła symbolicznie spalić protezę, ale chyba się powstrzymam, raz, że to nie za dobrze dla środowiska, a dwa zostawię sobie ją na razie, na wszelki wypadek bo może coś...ćśiiiii, wszystko się uda, nie może być inaczej. Limit złych zdarzeń się wyczerpał, teraz będzie przychodziło tylko dobre. Mam jeszcze trochę na głowie w tym tygodniu, a zatem trzymajcie za mnie za tydzień kciuki, najlepiej dwa, czyli tyle samo ile będę miała cycków w czwartek po operacji. Pozdrawiam.

A zdjęcie jest z Turawy, w której byliśmy z Piotrkiem na chwilkę.