Latem minęło dziewięć lat od kiedy mieszkam w Niemczech. Trudno mi w to uwierzyć, a jednocześnie widzę, że na padające często pytanie odnośnie ewentualnego powrotu z mojej strony pada stanowcze NIE. Zdecydowanie to tutaj wracam do domu. Mówiąc szczerze wydawało mi się, że tak dobrze znane emigrantom uczucie życia w rozkroku będzie trzymało się mnie dłużej, ale obecnie nie trzyma wcale. Stałam się turystką w kraju, w którym się urodziłam. Jeszcze w poprzedniej pracy, bywałam służbowo w Warszawie, łączyła mnie zatem ze stolicą nieturystyczna nić. Teraz kiedy od roku moje życie zawodowe ogranicza się do Berlina, a odkąd możliwa jest praca zdalna ogranicza się do mojej sypialni, w której stoi biurko, w Polsce bywam jedynie w czasie wolnym odwiedzając rodzinę albo spędzając weekend na łonie natury. Nie miewam już rozterek pt. "co by było gdyby". Myślę, że człowiek wyzbywa się ich wraz z uczuciem stabilizacji. Nie śmiało mogę stwierdzić, że takie uczucie towarzyszy mi od jakiegoś czasu, nie jestem jednak do końca przekonana, czy nie jest ono przypadkiem spowodowane ilością hormonów wyprodukowanych w moim ciele przez ostatnie 7 miesięcy. Dam Wam znać, czy coś się zmieniło już niedłog. Tymczasem niech życie toczy się dalej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 października 2021
66 historia życia toczącego się dalej
Jest październik. Pogoda stosowna do pory roku, a że nigdzie nie ma mowy o złotej berlińskiej jesieni mam do czynienia z szaro- (jeszcze) zieloną rzeczywistością. Już tyle miesięcy żyjemy w trochę odmiennych pandemiczynch realiach i mogłabym powiedzieć, że nic takiego niesamowitego się nie dzieje, nie zmienia, że wszystko po staremu. Ale ktoś wtedy mógłby zwrócić mi uwagę, że chyba nie do końca mam rację, bo przecież ponad rok temu zmieniłam miejsce pracy, bo przecież przetrwaliśmy już sama nie wiem ile lockdownów, lekcji w domu prowadzonych symultanicznie ze spotkaniami w pracy i gotowaniem obiadu, że przecież nikt z rodziny nie zachorował, co chyba jest też, sytuacją dosyć nietypową. Mógłby także skierować palcem na mój coraz większy brzuch i przypomnieć mi, że za 3 miesiące nasza mała rodzina będzie trochę większa, bo dołączy do niej nowy członek. Życie na swoim czasem niższym, a czasem wyższym biegu toczy się zatem dalej.
Latem minęło dziewięć lat od kiedy mieszkam w Niemczech. Trudno mi w to uwierzyć, a jednocześnie widzę, że na padające często pytanie odnośnie ewentualnego powrotu z mojej strony pada stanowcze NIE. Zdecydowanie to tutaj wracam do domu. Mówiąc szczerze wydawało mi się, że tak dobrze znane emigrantom uczucie życia w rozkroku będzie trzymało się mnie dłużej, ale obecnie nie trzyma wcale. Stałam się turystką w kraju, w którym się urodziłam. Jeszcze w poprzedniej pracy, bywałam służbowo w Warszawie, łączyła mnie zatem ze stolicą nieturystyczna nić. Teraz kiedy od roku moje życie zawodowe ogranicza się do Berlina, a odkąd możliwa jest praca zdalna ogranicza się do mojej sypialni, w której stoi biurko, w Polsce bywam jedynie w czasie wolnym odwiedzając rodzinę albo spędzając weekend na łonie natury. Nie miewam już rozterek pt. "co by było gdyby". Myślę, że człowiek wyzbywa się ich wraz z uczuciem stabilizacji. Nie śmiało mogę stwierdzić, że takie uczucie towarzyszy mi od jakiegoś czasu, nie jestem jednak do końca przekonana, czy nie jest ono przypadkiem spowodowane ilością hormonów wyprodukowanych w moim ciele przez ostatnie 7 miesięcy. Dam Wam znać, czy coś się zmieniło już niedłog. Tymczasem niech życie toczy się dalej.
Latem minęło dziewięć lat od kiedy mieszkam w Niemczech. Trudno mi w to uwierzyć, a jednocześnie widzę, że na padające często pytanie odnośnie ewentualnego powrotu z mojej strony pada stanowcze NIE. Zdecydowanie to tutaj wracam do domu. Mówiąc szczerze wydawało mi się, że tak dobrze znane emigrantom uczucie życia w rozkroku będzie trzymało się mnie dłużej, ale obecnie nie trzyma wcale. Stałam się turystką w kraju, w którym się urodziłam. Jeszcze w poprzedniej pracy, bywałam służbowo w Warszawie, łączyła mnie zatem ze stolicą nieturystyczna nić. Teraz kiedy od roku moje życie zawodowe ogranicza się do Berlina, a odkąd możliwa jest praca zdalna ogranicza się do mojej sypialni, w której stoi biurko, w Polsce bywam jedynie w czasie wolnym odwiedzając rodzinę albo spędzając weekend na łonie natury. Nie miewam już rozterek pt. "co by było gdyby". Myślę, że człowiek wyzbywa się ich wraz z uczuciem stabilizacji. Nie śmiało mogę stwierdzić, że takie uczucie towarzyszy mi od jakiegoś czasu, nie jestem jednak do końca przekonana, czy nie jest ono przypadkiem spowodowane ilością hormonów wyprodukowanych w moim ciele przez ostatnie 7 miesięcy. Dam Wam znać, czy coś się zmieniło już niedłog. Tymczasem niech życie toczy się dalej.
niedziela, 28 czerwca 2015
46 (pasja)
Jeśli w pracy się pospieszę i szybko zrobię zamknięcie, to do domu przyjadę koło 22 i w weekend jest jeszcze szansa, że spotkam rozbrykanego Młodego, bo jako królowie braku konsekwencji w weekend pozwalamy mu kłaść się późno. Zawszę udaję, że trochę się złoszczę, że jeszcze nie śpi, gderam, że zęby nie umyte, że trzeba to i tamto, a mleczko dalej nie wypite. Mimo te cieszę się, że mogę jeszcze zobaczyć go w akcji. Zazwyczaj wracając nie mam już siły na nic, mogę wygenerować z siebie jeszcze trochę energii, którą poświęcę rodzinie, nic poza tym. Brak mi czasu dla siebie, ale nic nie szkodzi, znajdę go kiedy indziej. Kiedy mam wolne, a zdarza się to zazwyczaj w środku tygodnia, próbuję pozbierać myśli i zrobić coś konstruktywnego, ale wszystko odbywa się w stylu "Poodkurzam jeszcze tylko tę pustynię i zabiorę się do pracy". Trudno jest być kreatywnym pomiędzy jednym praniem, a ściąganiem i prasowaniem drugiego, ale to nie problem bo na czas na rozwój i kreatywność też przyjdzie, wcześniej czy później. Nie spieszy mi się, przestało od ponad roku. Dlaczego o tym piszę? W zeszłym tygodniu znajoma stwierdziła, że nie ma we mnie pasji, nie palę się do kreatywnych zadań, a przecież powinnam bo to definiuje każdego projektanta/artystę. Nie dostrzega we mnie także zaangażowania, ani żadnych przejawów chęci tworzenia. Ogólnie jawię się dość depresyjnie. Pewnie tak jest, ale wcale nie czuję się z tym źle. W przeciągu trzech lat skończyłam studia będąc w ciąży, która była wpadką, a w efekcie, której wyemigrowałam do kraju, w którym mówi się na tyle skomplikowanym językiem, że potrzebowałam roku by dojść do poziomu: coś tam powiem i coś zrozumiem. Emigracja bywa trudna w pojedynkę, w ciąży może okazać się jeszcze trudniejsza. Pamiętam stres związany z nadchodzącym rozwiązaniem plus myślenie o tym co będzie później i przede wszystkim, czy damy sobie radę jako rodzice i jako para. Miałam w sobie, w owym czasie jeszcze trochę pasji, która wyparowała ze mnie w dość szybkim tempie w pierwszych miesiącach macierzyństwa. Może i spałam w nocy, ale na ciągłym stand by co doprowadzało mnie do coraz głębszej rozpaczy. W pewnym momencie zaczęłam planować, że na jedną noc wybiorę się do hotelu i tam pośpię mocno i głęboko. Planów nie zrealizowałam, ale czas bycia zombie z biustem na wierzchu szybko minął. Miesiące mijały, a ja mimo coraz większej wprawy nie stawałam się ani trochę bardziej wypoczęta. Przed pierwszymi urodzinami Młody został przyjęty do przedszkola, a ja odkryłam, że mam raka. Chodziłam wtedy na kurs niemieckiego, którego mimo pobytu w szpitalu nie przerwałam, operację miałam w piątek, a na pierwszych zajęciach pojawiłam się po nie całym tygodniu. Od tamtego momentu zaczął mną kierować strach, że czegoś nie zdążę, że życie jest na moim przykładzie nieprzewidywalne, że muszę wszystko na raz, tu i teraz. Prawie przez pół roku nie docierało do mnie, że tak się nie da. Nie da się też przejść od raka do porządku dziennego, wrócić do wcześniejszych czynności jakby nigdy nic się nie stało. Byłam pewna, że oswoiłam sytuację, panuję nad nią i nadal mogę być super mamą,uczyć się codziennie nowych słówek, przygotowywać do egzaminu i planować operację rekonstrukcji piersi jakby to była wizyta u fryzjera, rozglądać się za pracę i bywać od czasu do czasu duszą towarzystwa. Długi czas grałam kogoś kim już dawno nie byłam i nadal nie jestem, co więcej nie będę. Tylko, że teraz mam tę świadomość, wtedy nie miałam i to była męczarnia. W nowym życiu, w nowej sytuacji człowiek uczy się wszystkiego od nowa, a ja tak traktuję moją obecną egzystencję. Już nie jestem tą samą Karoliną, która brykała po Łodzi od klubu do klubu i czas bezsensownie przelatywał jej przez palce. Kłamałabym gdybym powiedziała, że teraz wykorzystuję go w 100%, ale przez macierzyństwo i zdrowotne perypetie spędzam go zupełnie inaczej. Muszę w tym nowym "byciu" odnaleźć z powrotem pasję i radość tworzenia, ale póki co nie mam na to ochoty. Chcę odpocząć, na chwilę w spokoju.
Subskrybuj:
Posty (Atom)