Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mamazonka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mamazonka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2020

65 (rekonstrukcji długa droga)

Nie poruszam tego tematu na forum, przestałam już zanudzać tym znajomych. Nikt nie chce słuchać o rzeczach nieprzyjemnych. Zdarza się jednak, że od czasu do czasu odzywa się do mnie jakaś dziewczyna, która dopiero dowiedziała się, że jest chora albo dopiero niedawno zaczęła leczenie i szuka bratniej duszy, wsparca, podzielenia się swoimi strachami, sprawdzenia, czy ty też tak masz. Zupełnie to rozumiem. I założenie tego bloga miało po części na celu być miejscem gdzie ktoś w podobnej do mojej sytuacji odnajdzie może trochę ukojenia, a może trochę otuchy, albo będzie mógł zobaczyć, że czasem powrót do normalności u kogoś innego też jest długi i wyczerpujący. 

Jeśli jesteś osobą dotkniętą rakiem piersi, nie miałaś takiego farta, żeby tę pierś zachować i szukasz informacji na temat rekonstrukcji, na pewno trafiłaś już do grup na facebooku, które ten temat zgłębiają. Można tam znaleźć historie pozytywne i negatywne, przeważąją jednak te pierwsze. Moim zdaniem spłyca to trochę temat. Dużo dziewczyn w Polsce robi sobie rekonstrukcję z implantem, bo jest to rozwiązanie w miarę tanie, jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie przynosi profity firmom produkującym implanty. Czy jest to rozwiązanie najlepsze? Myślę, że jest to sprawa mocno dyskusyjna. Nie będę się jednak na ten temat wypowiadać, bo sama zrezygnowałam z  tej metody jeszcze na samym początku. I na tym chciałabym się dziś skupić, a konkretnie na całej drodze, która w moim przypadku nie jest ani trochę usłana różami. Sama decyzja o tym, że chcę przejść tą operację była dla mnie oczywista. Wyobraź sobie uczucie, że ktoś zabiera kawałek ciebie, masz zatem wzmożoną potrzebę odzyskania tego jak najszybciej, im bardziej jest to niemożliwe tym bardziej czujesz się w jakimś sensie niekompletny. Do tego dochodzą głosy osób ci życzliwych, które przecież chcą dla ciebie dobrze, mówiące, że wcale tego nie potrzebujesz, że weź się w garść i na pewno sobie dasz radę bez, że jakie to ma znaczenie. Ja na twoim miejscu dałabym spokój itd.
Cała sytuacja jest niewyobrażalnym obciążeniem. Jesteś chory, z niewiadomych przyczyn padło właśnie na ciebie, do tego w efekcie choroby musisz dać sobie obciąć kawałek ciała, co nawet nie gwarantuje ci tego, że wyzdrowiejesz. Pragniesz zatem powrotu do stanu, kiedy ten horror jeszcze nie miał miejsca. Jeśli nie masz dodatkowej puli pecha i operacja w twoim przypadku może odbyć się w miarę szybko, najczęściej rzecz dzieje się za sprawą jednej, lub dwóch operacji. Może jednak być jak w moim przypadku lub wielu innych, że wystąpią komplikacje. Trzeba zatem decydując się na ten krok mieć świadomość, że nie będzie to wizyta u kosmetyczki, ani nawet u dentysty. 
U mnie po pierwszej nieudanej rekonstrukcji z płata brzucha chirurdzy zaproponowali wersję z pośladka. Ale, żeby do tego mogło dojść musiałam mieć wszczepiony ekspander, który miał na celu rozszerzyć moją skórę. To też nie jest żaden zabieg tylko operacja pod pełną narkozą, w czasie, której lekarz umieszcza w odpowiednim miejscu, na odowiedniej wysokości pojemnik, który poźniej będzie dopełniał poprzez specialny wentyl umieszczony w środku. Zatem po odbytej operacji pacjent dostaje plan napełniania. Za każdym razem odbywa się w atmosferze niemałego stresu, bo lekarz musi wkłóć się przez skórę zakładając wenflon w wspmniane przeze mnie miejsce na ekspanderze i strzykawką wtłacza do środka płyn fizjologiczy. Im więcej płynu, tym przy każdym twoim ruchu słyszysz chlupotanie i w sumie czujesz się jak na wiecznych wakacjach w Kołobrzegu. 
Ekspander nosiłam prawie rok, jego wyjęcie odbywało się w czasie rekonstrukcji, która w moim przypadku ostatecznie została zrobiona z mięśnia szerokiego grzbietu. Więcej na ten temat piszę tutaj.
Pierś zbudowana z takiego mięśnia jest malutka. Nie usatysfakcjonuje nawet posiadaczki miseczki A. Niezbędne jest dodatkowe wypełnienie. Można włożyć implant, ale w Niemczech w tym przypadku proponuje się pacjentce dopełnianie piersi własnym tłuszczem. Nie da się takiego zabiegu przeprowadzić raz, ponieważ organizm zwyczajnie nie ukrwi za dużej ilości tkanki. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i przygotować na ból i dyskomfort co parę miesięcy. W chwili obecnej jestem już po trzech napełnianiach. I jeśli mam być szczera, to z każdym kolejnym razem jest gorzej. I nie mam tu na myśli mojej piersi tylko stan w jakim wracam do domu ze szpitala. Tkanka tłuszczowa jest pozyskiwana za pomocą liposukcji wodnej Body Jet. Jest to metoda stosowana normalnie u osób, które chcą wymodelować swoją sylwetkę w sposób nie koniecznie angażujący ich w wysiłek fizyczny. Nie będę opisywać dokładnie jak to wygląda. Zainteresowani mogą znaleźć na ten temat filmy na YouTube.Powiem tak, każdy kto robi sobie ten zabieg, a niekoniecznie musi powinien sprawę dobrze przemyśleć. Na różnych forach panie dzielą się doświadczeniam jakie to łatwe szybkie i przyjemne, ale jakoś trudno było mi w to wszysto uwierzyć, kiedy po ostatnim razie nie byłam w stanie wejść po schodach bo zwyczajnie nogi z których pobierana była tkanka odmówiły mi posłuszeństwa. I w tym momencie każdy normalny człowiek zapyta: Po co to wszystko robisz, skoro kosztuje cie to tyle bólu i stresu? Po pierwsze odradzam zadawanie takiego pytania osobie, której amputowano jakąś część ciała. Oczywiście mam świadomość, że nie jest to noga ani ręka, ale wierzcie mi, że nie ma to znaczenia. Bo wraz z zabiegiem została też okaleczona część psychiki, która odpowiada za postrzeganie siebie samego. Rana jest na tyle głęboka, że taka fizyczna rekonstrukcja to tylko część procesu gojenia. Nie wiem czy tym wpisem przekonam kogoś kto jest na początku drogi do tego by się w ogóle tej drogi podjąć. W przeciągu ostatnich 7 lat byłam chyba łącznie 9 razy na stole operacyjnym. Licząc tylko operacje wokół piersi. Pewnie, niektórzy ludzie nie dobiją do takiej liczby przez całe swoje życie. Często słyszę, że to nie są operacje ratujące życie. A wtedy zawsze myślę sobie czy na pewno? Jestem na drodze do tego, żeby poczuć się jak przed diagnozą. Czy miewając stany depresyjne, czy nerwowe i mając poczucie, że nie zniosę tego losu, który jest mi dany byłoby mi łatwiej nie podejmując się tych operacji? Nie wydaje mi się. 

środa, 24 stycznia 2018

61 (operacj(a)(e))



Wtorek 09.01.2018 moich lekarzy widziałam ostatnio w lipcu kiedy przekładałam termin operacji, od tamtego czasu zero kontaktu. Ekspander, który noszę pod skórą od września 2016 roku jest napełniony, skóra się równomiernie naciąga, wszystko przebiega zgodnie z planem, nie ma i nie było zatem potrzeby kolejnej wizyty. Jestem już w głębokim stresie, chodzę rozkojarzona, zamyślona. Marcin mówi, że prawie się nie odzywam, a ja owszem prowadzę wewnętrzny monolog. Prędkość myśli przekracza tę zwyczajną. No dobra, przejadę się do szpitala, żeby chociaż się upewnić, że w czwartek idę pod nóż. W szpitalu mówią, że mam przyjść jutro, od 8 rano będę mogła załatwić formalności, -„tylko proszę nie zapomnieć numerka w poczekalni, bo będzie pani tam siedziała wieki”. Nie zapomnę, będę tutaj operowana czwarty raz. 
Środa 10.01.2018 siedzę w poczekalni, ku memu zdziwieniu prócz mnie tylko kilka osób (zawsze jest tu tłoczno). Starsi mają problemy z maszyną do numerków, bo prócz tego, że wybiera się cel wizyty trzeba jeszcze potwierdzić odpowiednim przyciskiem rezerwację biletów. Czekam może pół godziny. –„Ma pani skierowanie? Przepraszamy, ale dziś u nas zamieszanie bo nie działają drukarki, musimy biegać od jednej do drugiej, w trakcie operacji pobierzemy krew, czy zgadza się Pani by później została wykorzystana przez naszych studentów? Czy wyraża Pani zgodę, że w przypadku śmierci szpital będzie mógł wykorzystać Pani ciało do celów naukowych?” Podwójne tak, róbcie co chcecie, jakby mi się umarło, będzie mi już obojętne, a jeśli mogę się na coś przydać…, trup, a jednak się przydaje, kto by pomyślał. Umowa podpisana, zapraszamy do ambulatorium, zapraszamy na rozmowę z anestezjologiem, w amoku daję się namówić na jakieś dodatkowe znieczulenie, które ponoć spowoduje, że po przebudzeniu nie będę czuła bólu od razu,... akurat. „-Bo wie Pani, będzie ciągnąć i boleć?”. Wiem, mam doświadczenie. Potem krew i rozmowa z dwoma chirurgami. „Wszystko wiemy, wszystko ustalone, skóra piękna, chcemy potem coś poprawiać w zdrowej piersi? (czyt. Ma już swoje lata)”. Nie wiem, na razie nie poruszajmy tego tematu, skupmy się na pierwszym celu, zamiast jednego cycka mają być dwa ok? Do jutra, do widzenia, widzimy się na bloku, głowa do góry, będzie extra.
Wieczór. Godz. 20.00 dzwoni telefon. Któż to może dzwonić o tej  porze. O znam ten numer, Chirurgische Ambulanz. „-Guten Abend Frau Goerlich, dzwonię w ważnej sprawie. Bo Pan profesor tak myśli i myśli, pełen jest wątpliwości, bo chcemy dla Pani jak najlepiej, a może się okazać, że będzie jak najgorzej. Bo chcemy mieć alternatywę, bo sama Pani rozumie, najważniejszy jest tutaj cycek, planowaliśmy z pośladka, ale to czasem nie wychodzi, bo to pionierska metoda, bo jeszcze nad nią pracujemy, bo myślimy i się namyślamy, może Pani wyrazi zgodę, że jutro zadecydujemy, jak już Pani będzie spała smacznie. Bo mamy alternatywę, płat z mięśnia najszerszego grzbietu, co Pani na to, możemy przenieść mięsień, możemy potem to tu to tam odessać tłuszcz i będzie pierś, bez ryzyka”. Jeszcze przed telefonem trudno było mi się skupić, teraz nie wiem jak się nazywam. Płat z pleców? Google pomóż, grupo Amazonki pomóż, ktoś ma doświadczenia? Ktoś może coś doradzić, dlaczego mówią mi to teraz, w zasadzie parę godzin przed operacją? Mętlik i niedowierzanie. Już wiem, że sama nie dotrę do szpitala, potrzebuję kogoś kto będzie jutro myślał za mnie.
Nie śpię prawie wcale, budzę się co kwadrans, żeby sprawdzić czy nie zaspałam i czy już mam się ubierać i jechać. Walizka spakowana, dziecko ucałowane, kolczyki zostawiam w domu. Nogi z waty, głowa z waty cukrowej, ręce z lodu, serce ciężkie wali jak młot.
Czwartek 11.01.2018
„Dzień dobry, Guten morgen, Pani dziś pierwsza, zapraszamy… aaaa chce Pani z chirurgiem porozmawiać? A to zaraz zadzwonimy, przyjdzie ktoś z góry i wszystko wyjaśni”. Na przyjście z góry, z samego nieba chirurgii czekamy półtorej godziny, ja już w koszulince, pod pierzynką w moim łóżku, a Marcin ze spojrzeniem utkwionym w zegar, bo myślał, że się nie spóźni do pracy, a jednak. Przychodzi dwóch, ona i on, inna Para niż wczoraj. Zaczynają tłumaczyć, najpierw ona potem on, że najpierw wejdą przez klatkę piersiową, zobaczą co tam się pokaże, jak prezentują się naczynia, bo jedni mają długie, a inni krótkie i to jest w zasadzie sprawa kluczowa. Z krótkimi naczyniami nie połączy się tkanki nawet z najdorodniejszego pośladka, a wierzcie mi, wyhodowałam przez ostatni rok dorodne. Także ten tego ten, są różne sposoby, a chcemy żeby było pięknie i zdrowo. Jest mi już obojętne, niech robią co chcą, niech robią jak najlepiej, do widzenia, do zobaczenia za 600 minut, widziałam, że tak stoi w planie operacji, viel Spass, widzimy się później.
Budzę się po 17.00 dupa cała, ale nie mogę ruszyć ręką. A jednak, moje naczynia dały za przeproszeniem dupy, co brzmi zabawnie w tej sytuacji. Pamiętam, że lekarz pyta jak się czuję odpowiadam mu „comme ci comme ca” co jest dosyć irracjonalne, bo jest z pochodzenia Grekiem, ale mój spowolniony narkozą mózg kwalifikuje go do grupy mówiącej po francusku. Poza tym jesteśmy  w szpitalu Charité (po francusku: miłosierdzie), zatem nikt nie powinien się obrażać. Jestem otumaniona, ale umiem poprosić o wodę. Niedługo przychodzi ktoś i zabiera mnie na salony, Station 110, no to jedziemy. Tam czeka już Marcin, chyba źle wyglądam, bo w jego twarzy słabo odbija się mój pooperacyjny blask. No, nie mam kawałka pleców, ale to dobrze, wszystko będzie dobrze.
Wkrótce zostaję sama, tzn. na pastwę pielęgniarek i albo to ja albo one, ale dzieje się źle. Jedna, sądząc po wieku doświadczona proponuje mi abym wstała i się przeszła. Czemu nie, wprawdzie dopiero co przyjechałam ale chodzić trzeba, krew krążyć musi. „-Ja ci kochanieńka pomogę, zaraz się przejdziesz tutaj pięknie do drzwi i wrócisz, dreny odczepimy od materaca, cewnik pod pachę i w drogę”. Jestem lekko upośledzona po tym kilkogodzinnym majstrowaniu przy moich tkankach, zatem zgadzam się na wszystko, także by pani założyła mi koszulinkę moją własną, z domu przyniesioną. Nie rejestruję za bardzo co się dzieje, cieszę, się, że dostaję kanapkę i jakoś udaje mi się przetrwać ten wieczór. Jeszcze mi się wydaje, że jest super, ale zaraz przestaje. Mam bardzo wysokie ciśnienie, a do drenu, którego nie widzę bo dynda z boku łożka leje się krew. „-Ojojoj, już leci na skrzydłach lekarka, a ubierała się do wyjścia, no coś takiego no”. Jednak pooperacyjne spacery mi nie służą. Krwawienie wewnątrz rany. Musimy otworzyć, ale nie ma sali, czekamy i uciskamy. Kurwa uciskamy, raną do skórzanego worka z piaskiem. Mówiłam już, że mnie boli? Boli, a dociskając boli jeszcze bardziej. Dociskam tak 4h, bo nie ma wolnej Sali, bo za dużo jest ludzi z wypadków, których życie oddala się szybciej niż moje. Sensacyjną wiadomością okazuje się, to, że zjadłam kolację, a wiadomo, przed narkozą sześć godzin jeść nie można. Informacja o tym, że jadłam rozprzestrzenia się z prędkością światła, przekazywana z ust do ust ostatecznie wywołuje u mnie atak paniki, bo mam wizję wymiotów w trakcie operacji, zarzygania się na śmierć itd. Jeszcze tylko zmienię łóżko na operacyjne, jeszcze tylko wdrapię się na dmuchany materac, żeby nic nie zniszczyć, co zostało już zrobione i można ciąć, drugi już raz dzisiaj, a nie przepraszam jest piątek 12.01.2018.
Nad ranem, a dokładnie o 4.00 wracam na salony, siostry od spacerów już nie ma, pewnie poszła spacerkiem na przystanek. Żyję, krew zatamowana, kanapka strawiona, boli mnie wszystko, przez resztę tygodnia boleć będzie mniej i bardziej, w różnych miejscach, a najbardziej w operowanym boku. Ale jest cyc, a raczej cyca początek, bo jeszcze czeka mnie ok. 5 operacji odsysania tłuszczu i napełniania tam gdzie trzeba. Jedni mówią, że jestem odważna, a ja biorę też pod uwagę fakt, że jestem bardzo głupia. 
Pozdrawiam i dziękuje Wszystkim przyjaciołom, którzy przez ostatni tydzień wspierali moją mękę szpitalną. Szczególne podziękowania kieruję w stronę mojej Mamy, która przyjechała specjalnie z Polski, by pomóc nam przy Młodym, a także by pomagać mi w szpitalu.  

środa, 26 kwietnia 2017

59 (wtorek)

Przed 11. łykam tabletkę uspokajającą, boję się, że bez tego nie dam rady znów opowiadać mojej historii. Nie chce mi się jej opowiadać, w ogóle nie uważam, że jest na to zapotrzebowanie, ale urzędnicy są innego zdania. Zatem łykam i idę. Po drodze spotykam mamę jednego z kolegów Piotrka. Su-Zien to jedna z nielicznych, niemieckojęzycznych mam, z którymi udało mi się nawiązać kontakt, reszta nadal nie odzywa się do mnie zbyt często, a jeśli już to nie wiedzieć dlaczego mówi po angielsku. Jedziemy razem tramwajem i S-bahnem, rozmawiamy o pracy, o jelitówce, którą przechodzi właśnie jej młodszy syn. Rozstajemy się na Schoenhauser Alle, muszę zmienić pociąg, bo ten którym jechałyśmy odbija na Pankow. Nie lubię jeździć Ringiem, bo widoki z okna są delikatnie mówiąc mało interesujące. W końcu moja stacja. Wysiadam na jakimś dziwnym odcinku peronu i nie jestem pewna czy mam iść w prawo czy w lewo, a z tej myśli dodatkowo wytrąca mnie młoda Arabka, która pyta czy wiem gdzie jest ulica BlaBla, tak się składa, że wiem, ale nadal nie wiem, w którą dziurę się wpakować, żeby wyjść po prawidłowej stronie ulicy. Idziemy pod ten sam adres, zatem idziemy razem. Po drodze opowiada mi, że się uczy i będzie pracować w policji, że jeszcze rok i zaczyna praktykę, tymczasem urząd weryfikuje, czy należy jej się jeszcze Kindergeld. Mówię, że praca, którą wybrała jest ciężka, a ona z uśmiechem odpowiada, że potrzebują takich ludzi jak ona, którzy mówią po arabsku. Racja. Jeszcze kilka kroków, jeszcze parę zdań, rozstajemy się przy wejściu, ja wiem gdzie mam iść, ona musi zapytać w recepcji. 

Przez głowę przebiega mi myśl, że dziś nic dobrego się nie wydarzy, W moim przekonaniu utwierdza mnie spojrzenie kobiety, z którą będzie mi dane rozmawiać, jest suche i beznamiętne. Myślę, że ma dosyć ludzi i słuchania ich historii, że dawno zatraciła gdzieś empatię, która tak ważna jest w pracy lekarza. Jestem w środku, zaczyna się wałowanie. Miliony pytań, kobieta mówi niewyraźnie i na wdechu, więc w co trzecim pytaniu proszę o powtórkę. Od tego co powiem, jak powiem i jak ona to zinterpretuje zależy w tym momencie wiele. Rozmawiamy o błahostkach, czy mój partner pracuje, czy prowadzę samochód, ile lat ma mój syn, czy wysypiam się w nocy, czy mam apetyt, kiedy była operacja. Skrupulatnie zapisuje wszystko na kredowej kartce, która wygląda jakby leżała w tym biurze od trzydziestu lat. Guza, który urósł w moim ciele nazywa "das ding", co wydaje mi się dosyć mało wyszukaną nazwą, ale niech jej będzie, nie będziemy używać medycznych nazw to i może nie zrobi się nieprzyjemnie. Przegląda moje papiery, pyta o stadium, szuka wyników histopatologii, widzi rozmiar dynksa i nagle zamiera, pyta mnie raz jeszcze o datę urodzenia, a potem prosi o pokazanie blizny, nagle mięknie i pyta co chciałabym robić, jakie mam plany i w czym ona może mi pomóc. Opowiadam po raz czwarty, że nie chodzi mi o nic specjalnego, że chciałabym się uczyć, ale nie stać mnie na opłacenie samemu szkoły. To jedyna sensowna droga, którą widzę w tym momencie, bo wiem już, że poprzednio wykonywane obowiązki były dla mnie za trudne. Czas powiedzieć sobie to wprost, nie masz tyle sił Karolina, nie jesteś sobą, przestałaś 3 lata temu i  musisz się przyzwyczaić do nowej formy siebie, nowej kondycji, niezwykłego samopoczucia. W końcu pada zdanie o tym, że mi pomoże tak jak jest to możliwe w jej zakresie, nic poza tym, reszta należy już do nierozsądnej osoby, która mnie tutaj przysłała. Każe mi obiecać, że nie będę się przemęczać i będę unikać stresu, obiecuję i wspominam, że trochę się śpieszę, bo mam wizytę w szpitalu, jakąś ósmą z rzędu, bo przygotowuję się do operacji. Na pewno tego chcesz? Niektóre kobiety nie robią rekonstrukcji, tylko usuwają wszystko co im zagraża. Tak, chcę, chociaż przez chwilę znowu być sobą i myśleć, że już zawsze będę zdrowa. 

wtorek, 4 października 2016

56 (jesień?)

Wieje, w powietrze unoszą się liście, nie można już zaprzeczyć, że nadchodzi jesień. Dla mnie zawsze trudna, muszę zmagać się ze złym nastrojem i toczyć batalię z szeregiem potencjalnych wirusów, które atakują albo mnie albo członków mojej rodziny. Ostatni czas był bardzo intensywny. Pod koniec września odwiedziłam koleżankę ze studiów, która obecnie mieszka w Trójmieście, zaraz potem, wybraliśmy się do Londynu, zahaczając też o Cambridge. Fajnie było zobaczyć koleżanki ze studiów i jednocześnie pobyć na chwilę gdzieś indziej. Wycieczki na przełomie sierpnia i września miały też chyba na celu odwrócenie mojej uwagi od stresu, albowiem (nie chwaliłam się Wam wcześniej) postanowiłam powrócić do tematu rekonstrukcji piersi i 14 września miałam pierwszą operację. Pierwszą tzn. że teraz, będę operowana w dwóch, jeśli nie w trzech etapach, przy czym ten trzeci to będzie już upiększanie. Z każdą kolejną wizytą w szpitalu czuję mniejszy strach, chociaż i tak nie obyło się bez stresu i przed samą operacją poprosiłam o coś na uspokojenie, tabletkę, którą nazywam tabletką gwałtu, po której zafascynowały mnie lampy na sali operacyjnej i kompletnie nie interesowało mnie, co mi tam podłączają albo przyklejają do czoła. W szpitalu byłam, aż dwa dni, bo wiadomo, szpital to nie hotel, leczyć się możesz w domu, więc obojętne czy ciągniesz za sobą pojemnik zbiorczy na krew czy też nie, możesz iść do domu, a jak coś ci się stanie to wiadomo, ostry dyżur i telefon do przyjaciela, czyli twojego chirurga. W moim przypadku jak zwykle, nie mogło obyć się bez przygód, w dniu kiedy w Berlinie odbywały się wybory samorządowe, zaraz po spełnieniu obywatelskiego obowiązku odkryłam, że w okolicach rany mam jakieś zapalenie. Na pierwszą kontrolę szłam jak na ścięcie, pewna, że zaraz mi powiedzą, że sorry, ale to co ci wszczepiliśmy musimy niezwłocznie wyjąć, bo masz pecha kobieto i będziesz biegać z jednym cyckiem po grobową deskę. Na szczęście skończyło się na antybiotyku. Od tego momentu jestem kwoką i obchodzę się ze sobą jak z jajkiem. W październiku mijają trzy lata odkąd odkryłam, że mam raka. Jednocześnie zaczyna się rok,  w czasie którego będę częstym gościem w porani chirurgicznej. Mam wszczepiony ekspander, który ma rozciągnąć moją skórę (w chwili obecnej jest jej za mało), a co się będzie działo potem napiszę Wam innym razem.

środa, 25 maja 2016

54 (dzień matki)

-Mamooooo, mamoooooooo boli mnie nóżka- wyrywam się ze snu, jest może jakaś 4.30. Po omacku szukam olejku kamforowego, który zawsze w takich sytuacjach działa jak prawdziwa czarodziejska maść, czary mary i zaraz nóżka przestanie boleć, śpij mój mały kotku, jeszcze do wstawania mamy trochę czasu. Nie udaje mi się zasnąć, wpadam w taką dziwną drzemkę, na wpół śnię, na wpół dalej jestem obecna tu w pokoju naszego królewicza, skulona na wersalce stojącej koło jego łóżeczka. Zastygam w tym dziwnym nieśnie do siódmej, kiedy czas wstawać, budzić ciało i zmysły. Kolejny dzień w biegu, gotowi do startu: start.-Mamo, chcę kanapkę, taką z szynką, ale powycinaj mi w kształty, taki wiesz, trójkąt, koło i kwadrat, zaraz ci pokażę, w mojej książce, gdzie jest moja książka, mamoo, możesz mi poszukać?- Przez moment chcę wytłumaczyć, że wiem o jakie kształty chodzi, nie muszę po raz setny oglądać 4 stron z obrazkami, ale się powstrzymuję, bo wiem, że to dla niego ważne, musi być pewien, że zrobię wszystkie, że nie zapomnę o rombie i księżycu. No dobra kanapki powycinane, księżyc jak zwykle mi nie wyszedł, mogę iść umyć głowę. Głowa zwisa w wannie, woda zagłusza: - mamoooo, a kto mnie dziś odbiera? Tata? A czemu tata? Musisz iść do pracy mamo? Będę tęsknił, ale ty przyjdziesz za trzy godziny tak? Za trzy godziny? Ten kto wymyślił pracę na zmiany powinien smażyć się w piekle, ba mam nadzieję, że się smaży. Średnio 10 dni w miesiącu widuję moje dziecko tylko rano i przez 10 minut wieczorem. Tęsknimy obydwoje, ja pracując i wykonując śmiertelnie nudne, monotonne zadania, a on kiedy po powrocie z przedszkola odkrywa, że mnie nie ma. Dzwonimy do siebie i zazwyczaj pada z moich ust, że przyjdę za trzy godziny, wiem, że to dla niego niezrozumiałe, nie ma przecież rozeznania w czasie, pewnie te trzy godziny to wieczność, a dla mnie chwila, ale jednak o wiele dłuższa niż te spędzone razem. Jak mama wróci to jeszcze coś ci poczyta, jeszcze zaśpiewa kołysankę, a jutro, jutro mój drogi ja cię odbiorę i pójdziemy na plac zabaw, na lody, będziemy wracać do domu dopiero jak zacznie się szarzeć, będziesz mógł zadawać tryliardy pytań, a ja postaram się odpowiedzieć na każde twoje dlaczego? i po co?. Bo po to jestem, po nic innego. 



wtorek, 29 marca 2016

53 (marcowy update mamazonkowy)

Jeśli ten rok będzie przebiegał w takim tempie i w takim natężeniu obowiązków i doznań, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że za chwilkę pojawi się tutaj podsumowanie 2016. Dziś korzystam z faktu, że muszę napisać coś do pracy i żeby lepiej mi szło, postanowiłam napisać post na bloga, zrobić taki swego rodzaju rozbieg. Jak się domyślacie nie zaglądam tutaj za często z bardzo prozaicznego powodu, jakim jest brak czasu. Praca, młody, obowiązki domowe plus dodatkowe atrakcje w postaci wyjazdów zapełniają nasz kalendarz po brzegi. Jestem do tego stopnia wykończona, że osiągnęłam mistrzostwo świata w zasypianiu- udaje mi się w kilka sekund. Wiele się dzieje, nie dzieje się też nic specjalnego. Od początku roku byłam już dwa razy w Polsce, raz bo musiałam wybrać zaległy z 2015 roku urlop, a drugi raz, bo tak mi się pięknie ułożył plan pracy, że mogłam na chwilę wyskoczyć. Zrobiliśmy sobie też bardzo krótkie, acz treściwe w miłe wspomnienia ferie w Górach Harzu. Napiszę o tym na pewno osobny post na gerliszce i niezwłocznie was o tym poinformuję. Od początku roku, a zasadzie od połowy lutego próbuję też znaleźć nową pracę, nie będę was wprowadzać w szczegóły, bo jest to zwyczajnie mało interesujące. Idzie opornie, ale w porównaniu do poprzedniego roku i tak super, bo zapraszają mnie na rozmowy. Rok temu mogłam liczyć jedynie na mail z odmową. Także jest progres. Może wkrótce mi się uda. Trzymajcie kciuki.
Zdrowotnie (mam nadzieję) bez zmian. Za dwa miesiące czeka mnie mammografia, której wolałabym nie robić, ale jeśli chcę być leczona zgodnie z zasadami współczesnej medycyny to muszę się dostosować i nie marudzić. Wiem już teraz, że będzie mnie to kosztowało dużo stresu, ale w tej dziedzinie mam już duże doświadczenie. No dobra, rozkręciłam się, mogę pisać do pracy. Pozdrawiam Was ciepło.