czwartek, 17 listopada 2022

67 gdzie jesteś piękny świecie?

 Śmierć bliskiej osoby powoduje w nas chęć nieznośnego rozpamiętywania przeszłości. Zadajemy sobie szereg pytań, które praktycznie całkowicie związane są z naszymi relacjami wobec innych ludzi. Jak mogłam inaczej postąpić wobec niej czy niego, mogłam mu powiedzieć to, a nie co innego, mogłam wtedy wyrazić takie a nie inne uczucia. Często odgrywane w głowie sceny z przeszłości nie mają nic wspólnego ze zmarłym, ale stanowią coś w rodzaju podsumowania podjętych przez nas decyzji, jednocześnie pogłębiając nasz smutek i żal, bo z jakiejś przyczyny większość tych kumulujących się myśli to żal, że coś nie miało miejsca, a przecież mogło. Wszystko było, ale już niestety nie jest w naszych rękach. Przepadło. Nie ma. 

Czy podobnie wyglądają myśli osoby, która ma świadomość, że jej życie wkrótce się skończy? Nie wiem tego i chyba wolałabym nie znać na razie odpowiedzi na to pytanie. A także nie poddawać go dyskusji zainteresowanych. 


Jeśli czas pandemii wydawać mógł mi się trudny, to nie wiem jak określić ten rok. Ponownie daję się złapać w pułapkę myślenia, że kolejny będzie lepszy, coś jednak każe mi myśleć, że może być zupełnie odwrotnie. Jestem ponownie mamą. Swoją drogą dziwne wydaje mi się to określenie widoczne często w nagłówkach na plotkarskich stronach internetowych. “Została drugi raz matką”, nie jestem pewna co, ale coś mi w tym zdaniu nie pasuje. Zupełnie jakby fakt stania się matką po raz pierwszy stracił swoją ważność i intensywność. Przyjście na świat nowego człowieka, którego w jakiś niesamowity sposób wydrukowało moje ciało jest bardzo budującym faktem. Może tym bardziej szczególnym dla osoby, która wiele przeszła, jeśli chodzi o zdrowie i która częściej myśli, że jej ciało raczej zawodzi, niż jest źródłem satysfakcji. Moje nowe doświadczenie byłoby chyba zdziebko słodsze gdyby nie fakt, że co chwilę ktoś podkreśla, jak późno mam to dziecko, albo w stosunku do pierwszego, albo ogólnie do faktu, że jestem już dość starawa. No, ale nic z tym nie zrobię, nie mam na to wpływu. Zapominam o tym wszystkim kiedy od czasu do czasu próbuję zasnąć gdzieś pomiędzy tą dwójką i z gonitwy myśli, o których wspomniałam w pierwszym akapicie wytrąca mnie ich rytmiczny oddech. 

Ostatni rok, rollercoaster uczuć, tyle obezwładniającej radości i tyle ścinającego z nóg smutku. Setki pytań bez odpowiedzi. Za dużo myślenia o kiedyś, za mało o teraz. I dręczące pytanie czy tak w ogóle wolno się czuć? Niezaspokojona potrzeba spokoju i ciągła obawa, że kolejny rok okaże się jeszcze cięższy.


czwartek, 14 października 2021

66 historia życia toczącego się dalej

Jest październik. Pogoda stosowna do pory roku, a że nigdzie nie ma mowy o złotej berlińskiej jesieni mam do czynienia z szaro- (jeszcze) zieloną rzeczywistością. Już tyle miesięcy żyjemy w trochę odmiennych pandemiczynch realiach i mogłabym powiedzieć, że nic takiego niesamowitego się nie dzieje, nie zmienia, że wszystko po staremu. Ale ktoś wtedy mógłby zwrócić mi uwagę, że chyba nie do końca mam rację, bo przecież ponad rok temu zmieniłam miejsce pracy, bo przecież przetrwaliśmy już sama nie wiem ile lockdownów, lekcji w domu prowadzonych symultanicznie ze spotkaniami w pracy i gotowaniem obiadu, że przecież nikt z rodziny nie zachorował, co chyba jest też, sytuacją dosyć nietypową. Mógłby także skierować palcem na mój coraz większy brzuch i przypomnieć mi, że za 3 miesiące nasza mała rodzina będzie trochę większa, bo dołączy do niej nowy członek. Życie na swoim czasem niższym, a czasem wyższym biegu toczy się zatem dalej. 

Latem minęło dziewięć lat od kiedy mieszkam w Niemczech. Trudno mi w to uwierzyć,  a jednocześnie widzę, że na padające często pytanie odnośnie ewentualnego powrotu z mojej strony pada stanowcze NIE. Zdecydowanie to tutaj wracam do domu. Mówiąc szczerze wydawało mi się, że tak dobrze znane emigrantom uczucie życia w rozkroku będzie trzymało się mnie dłużej, ale obecnie nie trzyma wcale. Stałam się turystką w kraju, w którym się urodziłam. Jeszcze w poprzedniej pracy, bywałam służbowo w Warszawie, łączyła mnie zatem ze stolicą nieturystyczna nić. Teraz kiedy od roku moje życie zawodowe ogranicza się do Berlina, a odkąd możliwa jest praca zdalna ogranicza się do mojej sypialni, w której stoi biurko, w Polsce bywam jedynie w czasie wolnym odwiedzając rodzinę albo spędzając weekend na łonie natury. Nie miewam już rozterek pt. "co by było gdyby". Myślę, że człowiek wyzbywa się ich wraz z uczuciem stabilizacji. Nie śmiało mogę stwierdzić, że takie uczucie towarzyszy mi od jakiegoś czasu, nie jestem jednak do końca przekonana, czy nie jest ono przypadkiem spowodowane ilością hormonów wyprodukowanych w moim ciele przez ostatnie 7 miesięcy. Dam Wam znać, czy coś się zmieniło już niedłog. Tymczasem niech życie toczy się dalej. 

niedziela, 14 czerwca 2020

65 (rekonstrukcji długa droga)

Nie poruszam tego tematu na forum, przestałam już zanudzać tym znajomych. Nikt nie chce słuchać o rzeczach nieprzyjemnych. Zdarza się jednak, że od czasu do czasu odzywa się do mnie jakaś dziewczyna, która dopiero dowiedziała się, że jest chora albo dopiero niedawno zaczęła leczenie i szuka bratniej duszy, wsparca, podzielenia się swoimi strachami, sprawdzenia, czy ty też tak masz. Zupełnie to rozumiem. I założenie tego bloga miało po części na celu być miejscem gdzie ktoś w podobnej do mojej sytuacji odnajdzie może trochę ukojenia, a może trochę otuchy, albo będzie mógł zobaczyć, że czasem powrót do normalności u kogoś innego też jest długi i wyczerpujący. 

Jeśli jesteś osobą dotkniętą rakiem piersi, nie miałaś takiego farta, żeby tę pierś zachować i szukasz informacji na temat rekonstrukcji, na pewno trafiłaś już do grup na facebooku, które ten temat zgłębiają. Można tam znaleźć historie pozytywne i negatywne, przeważąją jednak te pierwsze. Moim zdaniem spłyca to trochę temat. Dużo dziewczyn w Polsce robi sobie rekonstrukcję z implantem, bo jest to rozwiązanie w miarę tanie, jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie przynosi profity firmom produkującym implanty. Czy jest to rozwiązanie najlepsze? Myślę, że jest to sprawa mocno dyskusyjna. Nie będę się jednak na ten temat wypowiadać, bo sama zrezygnowałam z  tej metody jeszcze na samym początku. I na tym chciałabym się dziś skupić, a konkretnie na całej drodze, która w moim przypadku nie jest ani trochę usłana różami. Sama decyzja o tym, że chcę przejść tą operację była dla mnie oczywista. Wyobraź sobie uczucie, że ktoś zabiera kawałek ciebie, masz zatem wzmożoną potrzebę odzyskania tego jak najszybciej, im bardziej jest to niemożliwe tym bardziej czujesz się w jakimś sensie niekompletny. Do tego dochodzą głosy osób ci życzliwych, które przecież chcą dla ciebie dobrze, mówiące, że wcale tego nie potrzebujesz, że weź się w garść i na pewno sobie dasz radę bez, że jakie to ma znaczenie. Ja na twoim miejscu dałabym spokój itd.
Cała sytuacja jest niewyobrażalnym obciążeniem. Jesteś chory, z niewiadomych przyczyn padło właśnie na ciebie, do tego w efekcie choroby musisz dać sobie obciąć kawałek ciała, co nawet nie gwarantuje ci tego, że wyzdrowiejesz. Pragniesz zatem powrotu do stanu, kiedy ten horror jeszcze nie miał miejsca. Jeśli nie masz dodatkowej puli pecha i operacja w twoim przypadku może odbyć się w miarę szybko, najczęściej rzecz dzieje się za sprawą jednej, lub dwóch operacji. Może jednak być jak w moim przypadku lub wielu innych, że wystąpią komplikacje. Trzeba zatem decydując się na ten krok mieć świadomość, że nie będzie to wizyta u kosmetyczki, ani nawet u dentysty. 
U mnie po pierwszej nieudanej rekonstrukcji z płata brzucha chirurdzy zaproponowali wersję z pośladka. Ale, żeby do tego mogło dojść musiałam mieć wszczepiony ekspander, który miał na celu rozszerzyć moją skórę. To też nie jest żaden zabieg tylko operacja pod pełną narkozą, w czasie, której lekarz umieszcza w odpowiednim miejscu, na odowiedniej wysokości pojemnik, który poźniej będzie dopełniał poprzez specialny wentyl umieszczony w środku. Zatem po odbytej operacji pacjent dostaje plan napełniania. Za każdym razem odbywa się w atmosferze niemałego stresu, bo lekarz musi wkłóć się przez skórę zakładając wenflon w wspmniane przeze mnie miejsce na ekspanderze i strzykawką wtłacza do środka płyn fizjologiczy. Im więcej płynu, tym przy każdym twoim ruchu słyszysz chlupotanie i w sumie czujesz się jak na wiecznych wakacjach w Kołobrzegu. 
Ekspander nosiłam prawie rok, jego wyjęcie odbywało się w czasie rekonstrukcji, która w moim przypadku ostatecznie została zrobiona z mięśnia szerokiego grzbietu. Więcej na ten temat piszę tutaj.
Pierś zbudowana z takiego mięśnia jest malutka. Nie usatysfakcjonuje nawet posiadaczki miseczki A. Niezbędne jest dodatkowe wypełnienie. Można włożyć implant, ale w Niemczech w tym przypadku proponuje się pacjentce dopełnianie piersi własnym tłuszczem. Nie da się takiego zabiegu przeprowadzić raz, ponieważ organizm zwyczajnie nie ukrwi za dużej ilości tkanki. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i przygotować na ból i dyskomfort co parę miesięcy. W chwili obecnej jestem już po trzech napełnianiach. I jeśli mam być szczera, to z każdym kolejnym razem jest gorzej. I nie mam tu na myśli mojej piersi tylko stan w jakim wracam do domu ze szpitala. Tkanka tłuszczowa jest pozyskiwana za pomocą liposukcji wodnej Body Jet. Jest to metoda stosowana normalnie u osób, które chcą wymodelować swoją sylwetkę w sposób nie koniecznie angażujący ich w wysiłek fizyczny. Nie będę opisywać dokładnie jak to wygląda. Zainteresowani mogą znaleźć na ten temat filmy na YouTube.Powiem tak, każdy kto robi sobie ten zabieg, a niekoniecznie musi powinien sprawę dobrze przemyśleć. Na różnych forach panie dzielą się doświadczeniam jakie to łatwe szybkie i przyjemne, ale jakoś trudno było mi w to wszysto uwierzyć, kiedy po ostatnim razie nie byłam w stanie wejść po schodach bo zwyczajnie nogi z których pobierana była tkanka odmówiły mi posłuszeństwa. I w tym momencie każdy normalny człowiek zapyta: Po co to wszystko robisz, skoro kosztuje cie to tyle bólu i stresu? Po pierwsze odradzam zadawanie takiego pytania osobie, której amputowano jakąś część ciała. Oczywiście mam świadomość, że nie jest to noga ani ręka, ale wierzcie mi, że nie ma to znaczenia. Bo wraz z zabiegiem została też okaleczona część psychiki, która odpowiada za postrzeganie siebie samego. Rana jest na tyle głęboka, że taka fizyczna rekonstrukcja to tylko część procesu gojenia. Nie wiem czy tym wpisem przekonam kogoś kto jest na początku drogi do tego by się w ogóle tej drogi podjąć. W przeciągu ostatnich 7 lat byłam chyba łącznie 9 razy na stole operacyjnym. Licząc tylko operacje wokół piersi. Pewnie, niektórzy ludzie nie dobiją do takiej liczby przez całe swoje życie. Często słyszę, że to nie są operacje ratujące życie. A wtedy zawsze myślę sobie czy na pewno? Jestem na drodze do tego, żeby poczuć się jak przed diagnozą. Czy miewając stany depresyjne, czy nerwowe i mając poczucie, że nie zniosę tego losu, który jest mi dany byłoby mi łatwiej nie podejmując się tych operacji? Nie wydaje mi się. 

sobota, 21 marca 2020

64 (musi dziać się nic, żeby stało się coś)

Co się musi stać, żebym pojawiła się tutaj i zostawiła jakiś ślad swojego istnienia? Otórz świat musi opanować pandemia, a ludzie żeby trochę zatrzymać jej rozprzestrzenianie się muszą zamknąć się w domach. Jak się czuję w obecnej sytuacji? W obliczu kompletnej niepewności jutra? Czuję się fatalnie. Myślę o tym jaką skomplikowaną i długą drogę musiałam przejść w krótkim czasie, by postawić swoje życie zawodowe na odpowiednim torze i ile pary było trzeba z mojej strony, żeby ruszać do przodu. A teraz moja w miarę stabilna sytuacja zatrzęsła się w posadach i pierwszy raz nie mam pojęcia jak się skończy. Wiem, że nie jestem osamotniona, bo podobne
rozterki ma teraz bardzo duża ilość ludzi. Z drugiej strony, zastanawiam się, jak mocno skrzywione jest moje życie, że w pierwszej kolejności myślę o tym, że stracę zajęcie, a nie myślę o tym, że w obecnej sytuacji mogę stracić nawet najbliższych. Wydaje mi się, że to wypieram. Nie dopuszczam nawet do swojej świadomości, że w związku z zaistniałą sytuacją mogłaby się zdarzyć krzywda komuś z mojej rodziny lub któremuś z przyjaciół. Jestem wdzięczna losowi, za to, że mam moją małą rodzinę, że możemy ten irracjonalny czas spędzać razem. Kursujemy między salonem, a sypialnią. Pokojem Młodego, a kuchnią. Jakiś czas temu któryś z sąsiadów pozbył się rowerku spiningowego, więc na czas tej przymuszonej niedoli zatargaliśmy go do domu i teraz możemy sobie też trenować na balkonie. Rzeczy, które nam nie idą zupełnie to nauczanie w domu, bo mimo izolacji obydwoje pracujemy. Marcin do piątku odwiedzał biuro, ja już od jakiegoś czasu pracuję z domu. Trudno pogodzić to z zadaniami, które wyznaczyła szkoła, chociaż jak widzę ile napocić muszą się rodzice w Polsce, to u nas jest kompletny luz. Nie wiemy ile czasu jeszcze to wszystko potrwa. Marzyłam o spędzeniu świąt w domu rodziców, a teraz może się okazać, że nie zobaczę ich do wakacji. To wszystko banalne sprawy, o których piszę, ale nasze życie koniec końców z takich banałów się składa. Na pewno banalnym nie jest, że pierwszy raz musi dziać się nic, żeby stało się coś. Dbajcie o siebie i zostańcie w domu!

sobota, 3 sierpnia 2019

63 (o upadku, korespondencja z Polski)


Przjechałam do Polski na prawie miesiąc. Czytam w internecie o tym jacy ludzie są przerażeni bo w w kraju pojawił się nowy potwór: LGBT. Pod kolejnymi arykułami dotyczącymi tematu środowisk osób homoseksualnych i transpółciowych wylewa się gówno, napędza kolejne i tak płynie nieustanna fala napędzana przez ludzi, których niefortunnie uważa się w tym kraju za autorytety. Jakiś dziadek, który z własnej woli wybrał życie w jakiejś skrajnej formie, nie mającej praktycznie nic wspólnego z życiem codziennym zwykłych ludzi opowiada bajki o zarazie. Jego postawa, myśl która będzie miała wpływ na tych którzy jej słuchają jest kwintesencją perfidii i hipokryzji. Jest świadectwem tego, jak bardzo kościół oderwany jest od rzeczywistości, co więcej jest świadectwem upadku tego kościoła. Im więcej tego słucham tym jestem bardziej pewna, że to ostatnie tchnienie tej instytucji. I wiecie co? Jest mi przykro. Nie jestem osobą wierzącą, z egzystencjalną troską radzę sobie w inny sposób. Nie potrzebuję wiary do tego, by poradzić sobie ze strachem przed nieszczęściami, czy ostatecznie przed śmiercią. Miałam to szczęście w życiu odebrać odpowiednią ilość edukacji, by znaleźć inne sposoby na sublimację owych trosk. Ale mam świadomość, że wielu ludzi tego kościoła potrzebuje, bo jest to jedyna forma wspólnoty w jakiej mają okazję uczestniczyć. Wiara pomaga im przetrwać i poradzić sobie z tym, że wszystko czego doświadczyli, zrobili w życiu ostatecznie na końcu nie będzie miało sensu. Tymczasem miejsce, które im to wszystko zapewnia pędzi ponad stówę na godzinę drogą jednokierunową zakończoną grubym na metr stalowym ogrodzeniem. Opowiadając bzdury o kolejnych zagrożeniach, figurach abstrakcyjnych jak genger czy LGBT, siejąc kolejne nieprawdziwe, przesiąknięte nienawiścią historyjki kościoł w Polsce nie przyciągnie do siebie ludzi młodych. A niestety tylko w taki sposób miałby jakąkolwiek szansę przetrwać. Ale o czym ja mówię. To już jest koniec. Nie wiem co musiałoby się stać żeby ludzie młodzi, wolni, myślący, a mam mimo wszystko wrażenie, że takich w Polsce jest więcej chcieli uczestniczyć w tej wspólnocie. Mogłabym powiedzieć, że to początek końca, ale to nie początek tylko już prawie koniec. Wątpię, że ten tekst przeczyta ktokolwiek, kto popiera te falę nienawiści, ale może przez przypadek znajdzie się jedna zbłąkana duszyczka, która popiera, dlatego mam coś na pocieszenie, przykład z Berlina, w którym sobie mieszkam od paru lat. Kościoły nadają się świetnie pod takie duże place zabaw dla dzieci, można wewnątrz spokojnie budować konstrukjce do wspinania i wszelkich innych aktywności, by młodych ludzi, przyszłe pokolenia uczyć żyć w wspólnocie. Wspólnocie radości i miłości.

czwartek, 9 sierpnia 2018

62 (mamozonkowe zmiany zawodowe i zdrowotne)


Zauważyłam, że zaczynam pisać tutaj dwa posty rocznie, jeden zimą i jeden latem. Może dodam jeszcze jeden jesienią i jeden na wiosnę, będzie ich wtedy aż cztery! A może po prostu nie będę obiecywała ani sobie, ani czytelnikom, że coś tutaj będzie pojawiało się regularnie, bo zwyczajnie nie dotrzymuję tej obietnicy i potem znów muszę pisać, że się nie udało etc. Nieważne. Ważne, że jestem tutaj dla Was dziś i opowiem Wam o zmianach jakie zaszły w moim życiu, przez ostatni rok, a nawet rok i kilka miesięcy.

W zeszłym roku, w miesiącu sierpniu, mniej więcej w połowie zaczęłam kurs Webdesignu. Na pytanie dlaczego zdecydowałam się na taki krok, niejako obrót mojej „kariery” o 180 stopni opowiem Wam w osobnym poście, albo przy kawie kiedy spotkamy się w Berlinie lub gdzieś w Polsce. Liczy się fakt, że o ten kurs walczyłam prawie pół roku, a żeby go zdobyć musiałam przejść masę bardzo nieprzyjemnych i w jakimś sensie poniżających dla mnie sytuacji. O jednej z nich piszę dwa posty wcześniej. Jak zapewne wiecie albo nie wiecie u mnie już tak jest, że nic nie przychodzi mi łatwo i są na tym świecie ludzie, którzy w niemieckim urzędzie pracy dofinansowanie do przekwalifikowania się dostają od ręki, a są tacy, którzy się nazywają Karolina i muszą się nachodzić, nastać, naczekać,  zrobić parę awantur etc. Koniec końców dostałam to czego chciałam i znalazłam się w szkole, gdzie codziennie praktycznie od rana do wieczora z mniejszym i większym sukcesem nauczyciele kładli mi do łba podstawy HTML, CSS, JS, PHP itp. Niektóre moduły były fajne inne nie, jak to w każdej szkole wszystko zależało od tego, kto je prowadził i czy potrafił przekazać wiedzę. Kurs ukończyłam w grudniu, a już praktycznie w listopadzie zaczęłam szukać pracy jako tester oprogramowania idąc w ślady mojej koleżanki Pauliny (odwiedźcie koniecznie jej bloga).  Uczęszczanie na rozmowy przerwała mi operacja, która odbyła się w styczniu (klik). Gdyby skończyło się na operacji, dojściu do siebie etc. byłoby w moim życiu śmiertelnie nudno. Niedługo po powrocie do domu okazało się, że cierpię na nową chorobę jaką jest zakrzepica żył głębokich. W planach miałam, że zaraz po tym jak przestanę leżeć plackiem wrócę do poszukiwań pracy, ale okazało się, że kuleję na prawą nogę i trudno jest to ukryć przed potencjalnym pracodawcą wchodząc na rozmowę o pracę.  Mimo tego, udało mi się krótko po tym jak praktycznie kilka razy w tygodniu odwiedzałam pobliskie pogotowie dostać pracę w firmie robiącej software dla branży motoryzacyjnej. Kiedy piszę te słowa mam ochotę zadać sobie pytanie: jak ja to kurwa robię? Co więcej z perspektywy czasu wydaje mi się zabawne, że na niektóre rozmowy chodziłam z ukrytą pod ładną bluzką boląca, niezagojoną raną, w której zbierało się osocze i nie było możliwości bym mogła się jakkolwiek rozsiąść i swobodnie rozmawiać.

Od marca pracuję kilka dni w miesiącu, ponieważ praca jest w niepełnym wymiarze godzin, próbuję też wyzdrowieć i codziennie grzecznie łykam tabletki rozpuszczające zakrzep, który powstał w mojej stopie. Co może wydać się interesujące to fakt, że mój chirurg wysłał mnie do centrum krzepliwości krwi (nie wiem jak nazywa się polski odpowiednik takiego miejsca), gdzie przeprowadzono mi szereg badań i okazało się, że jestem nosicielem mutacji genetycznej o wdzięcznej nazwie Faktor V Leiden. A oznacza to mniej więcej, że cierpię na wrodzoną trombofilię. Nie wiem czy ta wiadomość jakoś mnie zaszokowała, chyba po diagnozie jaką jest rak trudno przejąć się takimi rzeczami. Pewnym jest jednak, że wszystkie wcześniejsze niepowodzenia, a w tym największe czyli utrata pierwszej zrekonstruowanej piersi były spowodowane tą mutacją. Myśl ta w jakimś sensie mi pomaga, bo nie zadaję sobie pytania dlaczego tak się stało i czy mogło stać się inaczej. Teraz wiem co mi jest i wiem, że przy kolejnych operacjach muszę dostawać specjalne leki itd. A następne odbędą się prędzej czy później. Obecnie jestem na etapie dyskusji z kasą chorych, która jak zapewne wiecie z mojego facebooka odmówiła mi napełnienia nowej piersi własnym tłuszczem, a w zamian oferując mi operacje, które już miałam. Jak tylko dowiem się w jaki sposób ludziom odrastają mięśnie i amputowane elementy ciała dam Wam znać, bo będzie to dosyć duży przełom w medycynie, a co za tym idzie na pewno usłyszycie o mnie w prasie albo telewizji. A mówiąc już poważnie, wiele się działo i pewnie wiele jeszcze zadzieje. Czuję, że streściłam Wam nieco z mojego życia, aczkolwiek jest to mały procent. Kto dotrwał do końca ten dostaje ode mnie wirtualnego buziaka. Pozdrawiam Was i do usłyszenia!

środa, 24 stycznia 2018

61 (operacj(a)(e))



Wtorek 09.01.2018 moich lekarzy widziałam ostatnio w lipcu kiedy przekładałam termin operacji, od tamtego czasu zero kontaktu. Ekspander, który noszę pod skórą od września 2016 roku jest napełniony, skóra się równomiernie naciąga, wszystko przebiega zgodnie z planem, nie ma i nie było zatem potrzeby kolejnej wizyty. Jestem już w głębokim stresie, chodzę rozkojarzona, zamyślona. Marcin mówi, że prawie się nie odzywam, a ja owszem prowadzę wewnętrzny monolog. Prędkość myśli przekracza tę zwyczajną. No dobra, przejadę się do szpitala, żeby chociaż się upewnić, że w czwartek idę pod nóż. W szpitalu mówią, że mam przyjść jutro, od 8 rano będę mogła załatwić formalności, -„tylko proszę nie zapomnieć numerka w poczekalni, bo będzie pani tam siedziała wieki”. Nie zapomnę, będę tutaj operowana czwarty raz. 
Środa 10.01.2018 siedzę w poczekalni, ku memu zdziwieniu prócz mnie tylko kilka osób (zawsze jest tu tłoczno). Starsi mają problemy z maszyną do numerków, bo prócz tego, że wybiera się cel wizyty trzeba jeszcze potwierdzić odpowiednim przyciskiem rezerwację biletów. Czekam może pół godziny. –„Ma pani skierowanie? Przepraszamy, ale dziś u nas zamieszanie bo nie działają drukarki, musimy biegać od jednej do drugiej, w trakcie operacji pobierzemy krew, czy zgadza się Pani by później została wykorzystana przez naszych studentów? Czy wyraża Pani zgodę, że w przypadku śmierci szpital będzie mógł wykorzystać Pani ciało do celów naukowych?” Podwójne tak, róbcie co chcecie, jakby mi się umarło, będzie mi już obojętne, a jeśli mogę się na coś przydać…, trup, a jednak się przydaje, kto by pomyślał. Umowa podpisana, zapraszamy do ambulatorium, zapraszamy na rozmowę z anestezjologiem, w amoku daję się namówić na jakieś dodatkowe znieczulenie, które ponoć spowoduje, że po przebudzeniu nie będę czuła bólu od razu,... akurat. „-Bo wie Pani, będzie ciągnąć i boleć?”. Wiem, mam doświadczenie. Potem krew i rozmowa z dwoma chirurgami. „Wszystko wiemy, wszystko ustalone, skóra piękna, chcemy potem coś poprawiać w zdrowej piersi? (czyt. Ma już swoje lata)”. Nie wiem, na razie nie poruszajmy tego tematu, skupmy się na pierwszym celu, zamiast jednego cycka mają być dwa ok? Do jutra, do widzenia, widzimy się na bloku, głowa do góry, będzie extra.
Wieczór. Godz. 20.00 dzwoni telefon. Któż to może dzwonić o tej  porze. O znam ten numer, Chirurgische Ambulanz. „-Guten Abend Frau Goerlich, dzwonię w ważnej sprawie. Bo Pan profesor tak myśli i myśli, pełen jest wątpliwości, bo chcemy dla Pani jak najlepiej, a może się okazać, że będzie jak najgorzej. Bo chcemy mieć alternatywę, bo sama Pani rozumie, najważniejszy jest tutaj cycek, planowaliśmy z pośladka, ale to czasem nie wychodzi, bo to pionierska metoda, bo jeszcze nad nią pracujemy, bo myślimy i się namyślamy, może Pani wyrazi zgodę, że jutro zadecydujemy, jak już Pani będzie spała smacznie. Bo mamy alternatywę, płat z mięśnia najszerszego grzbietu, co Pani na to, możemy przenieść mięsień, możemy potem to tu to tam odessać tłuszcz i będzie pierś, bez ryzyka”. Jeszcze przed telefonem trudno było mi się skupić, teraz nie wiem jak się nazywam. Płat z pleców? Google pomóż, grupo Amazonki pomóż, ktoś ma doświadczenia? Ktoś może coś doradzić, dlaczego mówią mi to teraz, w zasadzie parę godzin przed operacją? Mętlik i niedowierzanie. Już wiem, że sama nie dotrę do szpitala, potrzebuję kogoś kto będzie jutro myślał za mnie.
Nie śpię prawie wcale, budzę się co kwadrans, żeby sprawdzić czy nie zaspałam i czy już mam się ubierać i jechać. Walizka spakowana, dziecko ucałowane, kolczyki zostawiam w domu. Nogi z waty, głowa z waty cukrowej, ręce z lodu, serce ciężkie wali jak młot.
Czwartek 11.01.2018
„Dzień dobry, Guten morgen, Pani dziś pierwsza, zapraszamy… aaaa chce Pani z chirurgiem porozmawiać? A to zaraz zadzwonimy, przyjdzie ktoś z góry i wszystko wyjaśni”. Na przyjście z góry, z samego nieba chirurgii czekamy półtorej godziny, ja już w koszulince, pod pierzynką w moim łóżku, a Marcin ze spojrzeniem utkwionym w zegar, bo myślał, że się nie spóźni do pracy, a jednak. Przychodzi dwóch, ona i on, inna Para niż wczoraj. Zaczynają tłumaczyć, najpierw ona potem on, że najpierw wejdą przez klatkę piersiową, zobaczą co tam się pokaże, jak prezentują się naczynia, bo jedni mają długie, a inni krótkie i to jest w zasadzie sprawa kluczowa. Z krótkimi naczyniami nie połączy się tkanki nawet z najdorodniejszego pośladka, a wierzcie mi, wyhodowałam przez ostatni rok dorodne. Także ten tego ten, są różne sposoby, a chcemy żeby było pięknie i zdrowo. Jest mi już obojętne, niech robią co chcą, niech robią jak najlepiej, do widzenia, do zobaczenia za 600 minut, widziałam, że tak stoi w planie operacji, viel Spass, widzimy się później.
Budzę się po 17.00 dupa cała, ale nie mogę ruszyć ręką. A jednak, moje naczynia dały za przeproszeniem dupy, co brzmi zabawnie w tej sytuacji. Pamiętam, że lekarz pyta jak się czuję odpowiadam mu „comme ci comme ca” co jest dosyć irracjonalne, bo jest z pochodzenia Grekiem, ale mój spowolniony narkozą mózg kwalifikuje go do grupy mówiącej po francusku. Poza tym jesteśmy  w szpitalu Charité (po francusku: miłosierdzie), zatem nikt nie powinien się obrażać. Jestem otumaniona, ale umiem poprosić o wodę. Niedługo przychodzi ktoś i zabiera mnie na salony, Station 110, no to jedziemy. Tam czeka już Marcin, chyba źle wyglądam, bo w jego twarzy słabo odbija się mój pooperacyjny blask. No, nie mam kawałka pleców, ale to dobrze, wszystko będzie dobrze.
Wkrótce zostaję sama, tzn. na pastwę pielęgniarek i albo to ja albo one, ale dzieje się źle. Jedna, sądząc po wieku doświadczona proponuje mi abym wstała i się przeszła. Czemu nie, wprawdzie dopiero co przyjechałam ale chodzić trzeba, krew krążyć musi. „-Ja ci kochanieńka pomogę, zaraz się przejdziesz tutaj pięknie do drzwi i wrócisz, dreny odczepimy od materaca, cewnik pod pachę i w drogę”. Jestem lekko upośledzona po tym kilkogodzinnym majstrowaniu przy moich tkankach, zatem zgadzam się na wszystko, także by pani założyła mi koszulinkę moją własną, z domu przyniesioną. Nie rejestruję za bardzo co się dzieje, cieszę, się, że dostaję kanapkę i jakoś udaje mi się przetrwać ten wieczór. Jeszcze mi się wydaje, że jest super, ale zaraz przestaje. Mam bardzo wysokie ciśnienie, a do drenu, którego nie widzę bo dynda z boku łożka leje się krew. „-Ojojoj, już leci na skrzydłach lekarka, a ubierała się do wyjścia, no coś takiego no”. Jednak pooperacyjne spacery mi nie służą. Krwawienie wewnątrz rany. Musimy otworzyć, ale nie ma sali, czekamy i uciskamy. Kurwa uciskamy, raną do skórzanego worka z piaskiem. Mówiłam już, że mnie boli? Boli, a dociskając boli jeszcze bardziej. Dociskam tak 4h, bo nie ma wolnej Sali, bo za dużo jest ludzi z wypadków, których życie oddala się szybciej niż moje. Sensacyjną wiadomością okazuje się, to, że zjadłam kolację, a wiadomo, przed narkozą sześć godzin jeść nie można. Informacja o tym, że jadłam rozprzestrzenia się z prędkością światła, przekazywana z ust do ust ostatecznie wywołuje u mnie atak paniki, bo mam wizję wymiotów w trakcie operacji, zarzygania się na śmierć itd. Jeszcze tylko zmienię łóżko na operacyjne, jeszcze tylko wdrapię się na dmuchany materac, żeby nic nie zniszczyć, co zostało już zrobione i można ciąć, drugi już raz dzisiaj, a nie przepraszam jest piątek 12.01.2018.
Nad ranem, a dokładnie o 4.00 wracam na salony, siostry od spacerów już nie ma, pewnie poszła spacerkiem na przystanek. Żyję, krew zatamowana, kanapka strawiona, boli mnie wszystko, przez resztę tygodnia boleć będzie mniej i bardziej, w różnych miejscach, a najbardziej w operowanym boku. Ale jest cyc, a raczej cyca początek, bo jeszcze czeka mnie ok. 5 operacji odsysania tłuszczu i napełniania tam gdzie trzeba. Jedni mówią, że jestem odważna, a ja biorę też pod uwagę fakt, że jestem bardzo głupia. 
Pozdrawiam i dziękuje Wszystkim przyjaciołom, którzy przez ostatni tydzień wspierali moją mękę szpitalną. Szczególne podziękowania kieruję w stronę mojej Mamy, która przyjechała specjalnie z Polski, by pomóc nam przy Młodym, a także by pomagać mi w szpitalu.  

czwartek, 20 lipca 2017

60 (czy to miejsce jest twoje?)

Ostatnie, niecałe dwa tygodnie spędziłam w Polsce. Wyjazd planowany na szybko podyktowany był tym, że od sierpnia idę na parę miesięcy do szkoły, a co za tym idzie, nie będę mogła pozwolić sobie na odwiedzanie rodzinnych stron. W ostatnich latach moje wyjazdy przebiegają według podobnego scenariusza. Scenariusza emigranta, rodzina, znajomi (z każdym chciałoby się zamienić słowo, ale nie zawsze starcza czasu), fryzjer, szewc, zakupy czyli biały ser półtłusty, barszcz, żurek, kiełbasa. Do tej listy pasowałoby jeszcze kino, ale tym razem nie za bardzo było na co pójść, zatem zrezygnowałam z tego punktu. 
Z każdą wizytą słyszę te same pytania, czy nie chciałabym może wrócić, pyta ktoś nieśmiało, czy mi tam dobrze, pyta kto inny nie dowierzając, czy nie boję się zamachów (moje ulubione)pyta ktoś, kto przedawkował polską TV. 
Nie mam gotowych odpowiedzi na te pytania, bo pomimo tego, że na początku przyszłego miesiąca stuknie mi 5 lat w Niemczech nadal jestem w jakimś sensie jedną nogą w Polsce. Co więcej, chyba zawsze będę. Dom to nie miejsce lecz stan śpiewała Katarzyna Nosowska, a ja dodałabym, że dom to stan, w którym otaczają cię ludzie. Rodzina ta bliższa i dalsza, ale także znajomi, z którymi jak się okazuje znasz się prawie 25 lat. Mój dom jest tam gdzie, ktoś serdecznie mnie wita, gdzie z zainteresowaniem słucha tego co mam do powiedzenia, gdzie otwarcie opowie mi o swoich troskach i radościach. Mój dom jest już też po części tutaj. Tak się złożyło, że w Berlinie zamieszkało równolegle ze mną kilku przyjaciół z czasu studiów, ale przede wszystkim tutaj jest dom mojego syna. Nawet jeśli czasem myślę, że to miejsce nie jest do końca moje, wiem na pewno, że należy do Piotrka. Myślę o tym kiedy widzę jak pewnie się czuje w naszej okolicy. Ma swoje miejsca, ulubione place zabaw, zna drogę do przedszkola, wie gdzie są najlepsze lody i że w autobusie dwupiętrowym najlepszy widok jest z przodu, u góry. Trochę mu zazdroszczę, nie poznał jeszcze tego dojmującego uczucia rozerwania, wielkiego rozkroku obejmującego dwa państwa, ale chciałabym, żeby w przyszłości wiedział, że jego miejsce jest tam gdzie bliscy, którzy potrafią go wysłuchać.  



środa, 26 kwietnia 2017

59 (wtorek)

Przed 11. łykam tabletkę uspokajającą, boję się, że bez tego nie dam rady znów opowiadać mojej historii. Nie chce mi się jej opowiadać, w ogóle nie uważam, że jest na to zapotrzebowanie, ale urzędnicy są innego zdania. Zatem łykam i idę. Po drodze spotykam mamę jednego z kolegów Piotrka. Su-Zien to jedna z nielicznych, niemieckojęzycznych mam, z którymi udało mi się nawiązać kontakt, reszta nadal nie odzywa się do mnie zbyt często, a jeśli już to nie wiedzieć dlaczego mówi po angielsku. Jedziemy razem tramwajem i S-bahnem, rozmawiamy o pracy, o jelitówce, którą przechodzi właśnie jej młodszy syn. Rozstajemy się na Schoenhauser Alle, muszę zmienić pociąg, bo ten którym jechałyśmy odbija na Pankow. Nie lubię jeździć Ringiem, bo widoki z okna są delikatnie mówiąc mało interesujące. W końcu moja stacja. Wysiadam na jakimś dziwnym odcinku peronu i nie jestem pewna czy mam iść w prawo czy w lewo, a z tej myśli dodatkowo wytrąca mnie młoda Arabka, która pyta czy wiem gdzie jest ulica BlaBla, tak się składa, że wiem, ale nadal nie wiem, w którą dziurę się wpakować, żeby wyjść po prawidłowej stronie ulicy. Idziemy pod ten sam adres, zatem idziemy razem. Po drodze opowiada mi, że się uczy i będzie pracować w policji, że jeszcze rok i zaczyna praktykę, tymczasem urząd weryfikuje, czy należy jej się jeszcze Kindergeld. Mówię, że praca, którą wybrała jest ciężka, a ona z uśmiechem odpowiada, że potrzebują takich ludzi jak ona, którzy mówią po arabsku. Racja. Jeszcze kilka kroków, jeszcze parę zdań, rozstajemy się przy wejściu, ja wiem gdzie mam iść, ona musi zapytać w recepcji. 

Przez głowę przebiega mi myśl, że dziś nic dobrego się nie wydarzy, W moim przekonaniu utwierdza mnie spojrzenie kobiety, z którą będzie mi dane rozmawiać, jest suche i beznamiętne. Myślę, że ma dosyć ludzi i słuchania ich historii, że dawno zatraciła gdzieś empatię, która tak ważna jest w pracy lekarza. Jestem w środku, zaczyna się wałowanie. Miliony pytań, kobieta mówi niewyraźnie i na wdechu, więc w co trzecim pytaniu proszę o powtórkę. Od tego co powiem, jak powiem i jak ona to zinterpretuje zależy w tym momencie wiele. Rozmawiamy o błahostkach, czy mój partner pracuje, czy prowadzę samochód, ile lat ma mój syn, czy wysypiam się w nocy, czy mam apetyt, kiedy była operacja. Skrupulatnie zapisuje wszystko na kredowej kartce, która wygląda jakby leżała w tym biurze od trzydziestu lat. Guza, który urósł w moim ciele nazywa "das ding", co wydaje mi się dosyć mało wyszukaną nazwą, ale niech jej będzie, nie będziemy używać medycznych nazw to i może nie zrobi się nieprzyjemnie. Przegląda moje papiery, pyta o stadium, szuka wyników histopatologii, widzi rozmiar dynksa i nagle zamiera, pyta mnie raz jeszcze o datę urodzenia, a potem prosi o pokazanie blizny, nagle mięknie i pyta co chciałabym robić, jakie mam plany i w czym ona może mi pomóc. Opowiadam po raz czwarty, że nie chodzi mi o nic specjalnego, że chciałabym się uczyć, ale nie stać mnie na opłacenie samemu szkoły. To jedyna sensowna droga, którą widzę w tym momencie, bo wiem już, że poprzednio wykonywane obowiązki były dla mnie za trudne. Czas powiedzieć sobie to wprost, nie masz tyle sił Karolina, nie jesteś sobą, przestałaś 3 lata temu i  musisz się przyzwyczaić do nowej formy siebie, nowej kondycji, niezwykłego samopoczucia. W końcu pada zdanie o tym, że mi pomoże tak jak jest to możliwe w jej zakresie, nic poza tym, reszta należy już do nierozsądnej osoby, która mnie tutaj przysłała. Każe mi obiecać, że nie będę się przemęczać i będę unikać stresu, obiecuję i wspominam, że trochę się śpieszę, bo mam wizytę w szpitalu, jakąś ósmą z rzędu, bo przygotowuję się do operacji. Na pewno tego chcesz? Niektóre kobiety nie robią rekonstrukcji, tylko usuwają wszystko co im zagraża. Tak, chcę, chociaż przez chwilę znowu być sobą i myśleć, że już zawsze będę zdrowa. 

sobota, 15 kwietnia 2017

58 (Wielkanoc)

Wiosna, ale dalej kostnieją mi ręce i mam ochotę chodzić w rękawiczkach. Spędzam właśnie pierwsze od chyba czterech lat Święta Wielkanocne w Polsce. Rok temu byliśmy w naszym berlińskim domu, dwa lata temu spacerowaliśmy po Pradze, a trzy lata temu nie za bardzo pamiętam. Z racji faktu, że z religią mam mało wspólnego jest to dla mnie przede wszystkim czas, kiedy ma się wolne i można posiedzieć z rodziną. Przypomniało mi się właśnie, jak kiedyś ktoś mi powiedział, że osoby niewierzące nie mają prawa świętować, zastanawiałam się wtedy, skąd u wierzących biorą się zapędy do odbierania komuś do czegoś prawa, o wyrażaniu zbędnych opinii nie wspominając. Swoją drogą uważam to za bardzo zabawne. 
Do rodzinnego Zabrza przyjechałam dwa dni temu. Już udało mi się spotkać z grupą znajomych, przede mną jeszcze czas w gronie rodzinnym. Młody cieszy się czasem spędzonym z dziadkami. Jako dziecko migrantów, nie ma tego czasu za dużo w ciągu roku, więc szybko załapał, że trzeba w tej sytuacji żyć chwilą i babcię z dziadkiem wycisnąć jak cytrynę. Ja muszę swój czas spędzony tutaj podzielić na przyjemności i pracę, bowiem w nadchodzącym tygodniu mam rozmowę kwalifikacyjną i obiecałam sobie, że się do niej rzetelnie przygotuję. Robię zatem notatki i oswajam się z myślą, że jestem najlepszym kandydatem z możliwych. Potrzebuję pozytywnej energii żeby nakręcić się na sukces i mam nadzieję, że tak nastroją mnie te święta, z okazji których chciałabym Wam życzyć wspaniałych chwil z bliskimi, dobrego jajeczka i dużo radości.


środa, 18 stycznia 2017

57 (styczeń)

Nowy rok nadszedł jeszcze szybciej niż poprzednie. Na blogu zabrakło Mamazonkowego podsumowania, a to za sprawą tego, że 2016 jak to stwierdził mój partner był jakiś nudny. Racja, było nudno, chociaż i bogato w nieszczęśliwe zdarzenia, bo zarówno mój tato jak i mój brat spędzili trochę czasu w szpitalach. Mam nadzieję, że ten rok okaże się dla nich spokojny, a dla nas ponownie nudny. Nuda mi odpowiada, doszłam dziś do takiego wniosku podczas badania MRT głowy. Od jakiegoś czasu miewam uporczywe bóle i co za tym idzie postanowiłam poznać ich przyczynę. Nie muszę chyba Wam opowiadać ile stresu kosztuje mnie każde zaglądanie wewnątrz mojego ciała. Niby nic, a jednak dzień wcześniej nie potrafię zasnąć, rano żołądek jakoś dziwnie ściśnięty nie chce przyjąć śniadania, jestem też zazwyczaj mocno rozkojarzona. Tak było i dzisiaj. Ponownie poczułam się jak wariatka, która zadaje trzy razy to samo pytanie, nie potrafi się skupić na odpowiedzi, trzęsą jej się ręce etc. MRT to, to badanie, które jest bardzo głośne i w czasie, którego czasami podaje się kontrast. Z racji faktu, że bywam w szpitalach częściej niż przeciętny człowiek przyzwyczajona jestem do różnego rodzaju nakłuwania żył etc. Jednakże dzisiaj odniosłam wrażenie, że człowiek, który ma mi ten kontrast podać robi to po raz pierwszy. Dosłownie dłubał igłą w moim nadgarstku, aż udało mu się doprowadzić mnie do łez.  Dodajcie do tego stres, który poczułam po usłyszeniu słów "musimy zrobić kontrast, bo taka jest procedura u pacjentów, którzy mieli nowotwór, bo bez kontrastu nie można zobaczyć przerzutów do mózgu" i macie gotową Karolinę w rozsypce. To, że na chwilę zwariowałam musiało być widoczne, bo jedna z sióstr przyszła trzymać mnie za rękę,a druga dopingowała mnie słowami o tym jak super sobie radzę w czasie badania, coś w stylu "świetnie pani leży, leży pani jak nikt inny". Trochę mi to pomogło, niemieckie siostry w szpitalach czy przychodniach często chętnie zostają twoją towarzyszką niedoli. No, ale już po wszystkim, nastała ponownie kochana nuda i spokój. Mam nadzieję, że nic tam nie znaleźli, a łeb mnie boli bo mam migrenę albo jakąś inną trudną do zdefiniowania przypadłość, z którą będę żyła dalej, długo i nudno. 

P.S. W zeszły weekend bawiliśmy się świetnie w Trójmieście, na weselu Eli i Piotra, których z tego miejsca pragnę serdecznie pozdrowić. Relacja z Trójmiasta wkrótce. 





wtorek, 4 października 2016

56 (jesień?)

Wieje, w powietrze unoszą się liście, nie można już zaprzeczyć, że nadchodzi jesień. Dla mnie zawsze trudna, muszę zmagać się ze złym nastrojem i toczyć batalię z szeregiem potencjalnych wirusów, które atakują albo mnie albo członków mojej rodziny. Ostatni czas był bardzo intensywny. Pod koniec września odwiedziłam koleżankę ze studiów, która obecnie mieszka w Trójmieście, zaraz potem, wybraliśmy się do Londynu, zahaczając też o Cambridge. Fajnie było zobaczyć koleżanki ze studiów i jednocześnie pobyć na chwilę gdzieś indziej. Wycieczki na przełomie sierpnia i września miały też chyba na celu odwrócenie mojej uwagi od stresu, albowiem (nie chwaliłam się Wam wcześniej) postanowiłam powrócić do tematu rekonstrukcji piersi i 14 września miałam pierwszą operację. Pierwszą tzn. że teraz, będę operowana w dwóch, jeśli nie w trzech etapach, przy czym ten trzeci to będzie już upiększanie. Z każdą kolejną wizytą w szpitalu czuję mniejszy strach, chociaż i tak nie obyło się bez stresu i przed samą operacją poprosiłam o coś na uspokojenie, tabletkę, którą nazywam tabletką gwałtu, po której zafascynowały mnie lampy na sali operacyjnej i kompletnie nie interesowało mnie, co mi tam podłączają albo przyklejają do czoła. W szpitalu byłam, aż dwa dni, bo wiadomo, szpital to nie hotel, leczyć się możesz w domu, więc obojętne czy ciągniesz za sobą pojemnik zbiorczy na krew czy też nie, możesz iść do domu, a jak coś ci się stanie to wiadomo, ostry dyżur i telefon do przyjaciela, czyli twojego chirurga. W moim przypadku jak zwykle, nie mogło obyć się bez przygód, w dniu kiedy w Berlinie odbywały się wybory samorządowe, zaraz po spełnieniu obywatelskiego obowiązku odkryłam, że w okolicach rany mam jakieś zapalenie. Na pierwszą kontrolę szłam jak na ścięcie, pewna, że zaraz mi powiedzą, że sorry, ale to co ci wszczepiliśmy musimy niezwłocznie wyjąć, bo masz pecha kobieto i będziesz biegać z jednym cyckiem po grobową deskę. Na szczęście skończyło się na antybiotyku. Od tego momentu jestem kwoką i obchodzę się ze sobą jak z jajkiem. W październiku mijają trzy lata odkąd odkryłam, że mam raka. Jednocześnie zaczyna się rok,  w czasie którego będę częstym gościem w porani chirurgicznej. Mam wszczepiony ekspander, który ma rozciągnąć moją skórę (w chwili obecnej jest jej za mało), a co się będzie działo potem napiszę Wam innym razem.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

55 (lato)

Hej ho! Tyle się działo przez ostatnie dwa miesiące, że nie wiem od czego zacząć. Może od informacji, że wszyscy zdrowi. To zawsze dobra wiadomość. Połowa maja i cały czerwiec upłynęły mi pod znakiem warsztatów z projektowania ubioru, które miałam zaszczyt prowadzić dzięki współpracy z agitPolska. Przygotowanie wykładu, materiałów, prezentacji itd. pochłonęło mnie dokumentnie, nie miałam czasu ani na towarzyskie spotkania, ani na śledzenie mistrzostw piłki nożnej, a każdą wolną chwilę starałam się spędzić z zadającym coraz to bardziej skomplikowane pytania Młodym. O efektach napiszę na mojej tworzącej się z mozołem stronie internetowej, oczywiście będą też zdjęcia.
Nawet nie wiem kiedy zaczął się lipiec i okres wakacji, który w mojej pracy jest okresem najgorętszym i co za tym idzie najbardziej stresującym. Przez ostatnie tygodnie trudno mi  było się skupić na pracy, bo w perspektywie rysował się pierwszy, prawdziwy, wyczekiwany jak deszcz w czasie suszy u r l o p. Tutaj powinnam nadmienić, że właśnie piszę z Chorwacji, która trzy lata po wejściu do Unii postanowiła dostosować swoje ceny do tych unijnych, a nawet je przewyższyć. Oprócz tego, że jest (jakby to powiedziała moja babka) pieruńsko drogo, jest też całkiem przyjemnie. Jak to określiła znajoma, która jest tutaj z nami relacjonując komuś pobyt przez telefon: "no co tu robimy, na plaży siedzimy, jeździmy codziennie na inną, plaża taka, plaża sraka, śmaka i owaka". To zdanie oddaje idealnie sposób w jaki spędzamy tutaj czas. Oprócz tego jest tutaj całkiem ładnie. Sami zobaczcie: 












Do usłyszenia!






środa, 25 maja 2016

54 (dzień matki)

-Mamooooo, mamoooooooo boli mnie nóżka- wyrywam się ze snu, jest może jakaś 4.30. Po omacku szukam olejku kamforowego, który zawsze w takich sytuacjach działa jak prawdziwa czarodziejska maść, czary mary i zaraz nóżka przestanie boleć, śpij mój mały kotku, jeszcze do wstawania mamy trochę czasu. Nie udaje mi się zasnąć, wpadam w taką dziwną drzemkę, na wpół śnię, na wpół dalej jestem obecna tu w pokoju naszego królewicza, skulona na wersalce stojącej koło jego łóżeczka. Zastygam w tym dziwnym nieśnie do siódmej, kiedy czas wstawać, budzić ciało i zmysły. Kolejny dzień w biegu, gotowi do startu: start.-Mamo, chcę kanapkę, taką z szynką, ale powycinaj mi w kształty, taki wiesz, trójkąt, koło i kwadrat, zaraz ci pokażę, w mojej książce, gdzie jest moja książka, mamoo, możesz mi poszukać?- Przez moment chcę wytłumaczyć, że wiem o jakie kształty chodzi, nie muszę po raz setny oglądać 4 stron z obrazkami, ale się powstrzymuję, bo wiem, że to dla niego ważne, musi być pewien, że zrobię wszystkie, że nie zapomnę o rombie i księżycu. No dobra kanapki powycinane, księżyc jak zwykle mi nie wyszedł, mogę iść umyć głowę. Głowa zwisa w wannie, woda zagłusza: - mamoooo, a kto mnie dziś odbiera? Tata? A czemu tata? Musisz iść do pracy mamo? Będę tęsknił, ale ty przyjdziesz za trzy godziny tak? Za trzy godziny? Ten kto wymyślił pracę na zmiany powinien smażyć się w piekle, ba mam nadzieję, że się smaży. Średnio 10 dni w miesiącu widuję moje dziecko tylko rano i przez 10 minut wieczorem. Tęsknimy obydwoje, ja pracując i wykonując śmiertelnie nudne, monotonne zadania, a on kiedy po powrocie z przedszkola odkrywa, że mnie nie ma. Dzwonimy do siebie i zazwyczaj pada z moich ust, że przyjdę za trzy godziny, wiem, że to dla niego niezrozumiałe, nie ma przecież rozeznania w czasie, pewnie te trzy godziny to wieczność, a dla mnie chwila, ale jednak o wiele dłuższa niż te spędzone razem. Jak mama wróci to jeszcze coś ci poczyta, jeszcze zaśpiewa kołysankę, a jutro, jutro mój drogi ja cię odbiorę i pójdziemy na plac zabaw, na lody, będziemy wracać do domu dopiero jak zacznie się szarzeć, będziesz mógł zadawać tryliardy pytań, a ja postaram się odpowiedzieć na każde twoje dlaczego? i po co?. Bo po to jestem, po nic innego. 



wtorek, 29 marca 2016

53 (marcowy update mamazonkowy)

Jeśli ten rok będzie przebiegał w takim tempie i w takim natężeniu obowiązków i doznań, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że za chwilkę pojawi się tutaj podsumowanie 2016. Dziś korzystam z faktu, że muszę napisać coś do pracy i żeby lepiej mi szło, postanowiłam napisać post na bloga, zrobić taki swego rodzaju rozbieg. Jak się domyślacie nie zaglądam tutaj za często z bardzo prozaicznego powodu, jakim jest brak czasu. Praca, młody, obowiązki domowe plus dodatkowe atrakcje w postaci wyjazdów zapełniają nasz kalendarz po brzegi. Jestem do tego stopnia wykończona, że osiągnęłam mistrzostwo świata w zasypianiu- udaje mi się w kilka sekund. Wiele się dzieje, nie dzieje się też nic specjalnego. Od początku roku byłam już dwa razy w Polsce, raz bo musiałam wybrać zaległy z 2015 roku urlop, a drugi raz, bo tak mi się pięknie ułożył plan pracy, że mogłam na chwilę wyskoczyć. Zrobiliśmy sobie też bardzo krótkie, acz treściwe w miłe wspomnienia ferie w Górach Harzu. Napiszę o tym na pewno osobny post na gerliszce i niezwłocznie was o tym poinformuję. Od początku roku, a zasadzie od połowy lutego próbuję też znaleźć nową pracę, nie będę was wprowadzać w szczegóły, bo jest to zwyczajnie mało interesujące. Idzie opornie, ale w porównaniu do poprzedniego roku i tak super, bo zapraszają mnie na rozmowy. Rok temu mogłam liczyć jedynie na mail z odmową. Także jest progres. Może wkrótce mi się uda. Trzymajcie kciuki.
Zdrowotnie (mam nadzieję) bez zmian. Za dwa miesiące czeka mnie mammografia, której wolałabym nie robić, ale jeśli chcę być leczona zgodnie z zasadami współczesnej medycyny to muszę się dostosować i nie marudzić. Wiem już teraz, że będzie mnie to kosztowało dużo stresu, ale w tej dziedzinie mam już duże doświadczenie. No dobra, rozkręciłam się, mogę pisać do pracy. Pozdrawiam Was ciepło.





czwartek, 31 grudnia 2015

52 (podsumowanie mamazonkowego 2015)

Witam Was z krainy urlopu,który musiałam wziąć w zasadzie przymusowo, ponieważ w okresie między Świętami Bożego Narodzenia, a Nowym Rokiem przedszkole Młodego jest zamknięte. A zatem siedzimy sobie w domu i spędzamy miło czas.
Wczoraj odwiedziła nas Natalia,moja koleżanka ze studiów, która uprawiając dosyć nietypowy zawód modelki żyje wciąż na walizkach i w okresie świątecznym wpada do Berlina odwiedzić swoją babcie, nigdy też nie zapomina o odwiedzinach w naszych skromnych progach. Słuchając jej relacji o tym co robiła i gdzie była przez ostatnie pół roku (ostatnio widziałyśmy się w czerwcu) przyszło mi do głowy Ależ ja mam nudne życie i przed oczami przeleciał mi 2015, który ostatnimi czasy kojarzy mi się tylko i wyłącznie z pracą. W zeszłym roku pisałam o tym jak w planach mam szukanie stażu i stałego zajęcia. Plany zostały zrealizowane, chociaż możne nie do końca zgodnie z planem, hehe. Staż udało mi się odbyć już na początku roku,a to za pomocą uprzejmości małej firemki Maiami. Miałam tam okazję podglądać jak powstaje kolekcja, a także porobić trochę sampli i pomóc w przegotowaniach książki zamówień. Niestety staż był bezpłatny, a z powodu nowych regulacji prawnych osoba z wyższym wykształceniem nie może odbywać bezpłatnego stażu dłużej niż miesiąc. (Państwo Niemieckie próbuje w ten sposób nakłonić pracodawców do chociaż minimalnego wynagrodzenia dla pracowników "uczących się". Oczywiście efekt jest taki, że na staż przyjmuje się teraz tylko studentów, ponieważ ich ten przepis nie obowiązuje). Swoją drogą, dłużej niż miesiąc za 0 Euro raczej bym tam nie siedziała, chociażby z tego względu, ze mam dziecko na utrzymaniu dlatego też zaraz po praktykach zabrałam się za szukanie pracy. Trochę mi zeszło, bo bardzo chciałam znaleźć coś w zawodzie, co w Berlinie graniczy z cudem, bo to raczej miasto start-up'ow i freelancerow, niż firm odzieżowych. Po trzech miesiącach moja desperacja sięgnęła zenitu (jestem niecierpliwa, wiem) i doszłam do wniosku że lepiej będzie robić cokolwiek niż dalej stać w miejscu. Do takiego wniosku doszłam też odczuwając, że mój niemiecki po kilku miesiącach braku kontaktu z ludźmi mocno zubożał, a nie po to siedziałam prawie 1,5 roku na kursie żeby obrócić cały swój wysiłek w nicość. I w ten oto sposób znalazłam się w firmie Henry Bay Fashion, gdzie w sprzyjających okolicznościach przyrody przeszłam od maja do września od roli sprzedawcy po rolę menagera sklepu. Firma, czy raczej marka odzieżowa dopiero raczkuje na rynku, a ja staram się, w miarę możliwości uczyć rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Mam nadzieję, że w przyszłości te wiedzę wykorzystam, a poza tym mam bardzo fajny Team, składający się z trzech przesympatycznych dziewczyn.
Poza pracą nie działo się u nas nic wyjątkowego, co zapewne zdążyły odnotować osoby śledzące tego bloga. Cieszymy się zdrowiem i spokojem, myślę, że na razie więcej nam nie trzeba. 2016 będzie bogatszy w podróże małe i duże (mamy już kilka w planie), wracam też do tematu rekonstrukcji piersi, ale o tym opowiem Wam innym razem, a dziś życzę Wszystkim super zabawy no i przede wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku!




środa, 16 grudnia 2015

51 (co trzylatkowi w duszy gra, czyli propozycje prezentów np. z okazji Świąt)

Tak jak niedawno obiecałam dziś będzie post o prezentach, tym razem dla trzylatka. Możecie moje propozycje potraktować jako świąteczne lub urodzinowe, część przedmiotów nadaje się także do uskuteczniania rozpieszczania. A zatem:

1. Stemple/pieczątki, nasz ostatni hit zabawowy. Mały i niedrogi prezent, a cieszy nie tylko tych najmniejszych. Kiedy nasze dziecko pojęło ostatecznie, że ściany, drzwi i śnieżnobiała pościel to nie płótno malarskie i co za tym idzie polubiło papier możemy podarować mu zestaw pieczątek z kolorowymi tuszami. My mamy taki z motywami zwierzątek, ale oczywiście na rynku znajdziemy masę innych. Mogą być drewniane, mogą plastikowe. Rozpiętość cenowa zależnie od wielkości zestawu od 15 do 60 zł.




2.Karmnik dla ptaków- absolutny hit prezentowy ostatnich urodzin Młodego, czyli drewniany karmnik dla ptaków, który dziecko może samo pomalować. Świetny sposób na spędzenie czasu z rodzicami, no i nieoceniony wprost aspekt edukacyjny. Domek dla ptaków można kupić na allegro w bardzo przystępnej cenie, ale też w sklepach z artykułami do decoupage. Bardziej ambitni np. tatusiowie na pewno potrafią zrobić coś takiego samemu, warto przypomnieć sobie lekcje ZPT.


3. Książki z serii Opowiem ci mamo. Świetne ilustracje, fajne historyjki, a do tego zagadki. My mamy Opowiem ci mamo co robią auta oraz Opowiem ci mamo co robią pająki. Na pewno zaopatrzymy się także w tom o narzędziach i samolotach. 




4. Drobne instrumenty muzyczne. Propozycja tylko dla rodziców o mocnych nerwach, jeśli chcemy coś w tym stylu sprezentować dziecku znajomych, lub rodzinie warto się wcześniej skonsultować, żebyśmy nie wylądowali na czarnej liście. Nasz mały instrumentalista jest szczęśliwym posiadaczem fletu, grzechotki (nie wiem czy tak się to fachowo nazywa, ale dzwoni przy potrząsaniu) i trójkąta. Ten ostatni dostał na urodziny w przedszkolu i wydaje mi się idealny na ten wiek, chociaż słysząc jak śpiewa wyuczone piosenki wnioskuję, że muzykiem nie zostanie. 

5. Puzzle, układanki, gry. Już od dłuższego czasu bawimy się grą edukacyjną Prawy do lewego, polegającą na poszukiwaniu dwóch części obrazka. Obrazków jest stosunkowo dużo dlatego warto na początku wyłożyć tylko część. Sprytniejszym malucho możemy zaproponować wersję trudniejszą, czyli z obróconymi kartami obrazkiem w dół, dzięki czemu gra zamienia się w trudniejszą wersję Memory. 



Puzzle to zawsze dobry pomysł na prezent. Jednak przed zakupem lepiej upewnić się, co jest teraz na tak zwanym "topie", czy jest to Frozen, czy może Kubuś Puchatek albo Strażak Sam. Z Młodym przygodę z Puzzlami zaczęliśmy od Myszki Miki. Trzylatek powinien bez problemy poradzić sobie z układanką od 12 elementów wzwyż.