Melduję się w nowej porze roku, ciepłe dni wyjątkowo dla nas łaskawe chyba już się skończyły, poczułam to dzisiaj na placu zabaw kiedy Młody poprosił o pomoc w robieniu wielkiej baby i przycupnęłam na chwilę na ziemi. Pewnie gdybym tak posiedziała dłużej wyłabym jutro jak wilk albo miałabym gile po pas, tylko młode osobniki wychodzą z takich zabaw w zimnie bez szwanku. Nic ciekawego u nas się nie dzieje, poza faktem, że miewam różne objawy chorobowe i ten miesiąc poświęcam na wizyty u przeróżnych lekarzy. W piątek wpadłam w rozpacz u internisty, na którą każdy przymyka oko, bo ponoć porakowcy tak mają i trzeba udawać, że się rozumie. Oczywiście usłyszałam nieśmiertelne Trzeba myśleć pozytywnie, na które już po wizycie parsknęłam sobie śmiechem. Nakręcam się teraz na spokój, tak, żeby przetrwać tę jesień i zimę bez szwanku, bez większych niespodzianek, po prostu żyć szczęśliwie z dnia na dzień i cieszyć się z każdej mniejszej lub większej głupoty. Chciałabym, żeby osoby z mojego bliskiego lub dalszego otoczenia, też pozwoliły sobie na beztroskę, ale może nie do końca. Mamy teraz październik, miesiąc walki z rakiem piersi. Ten blog, to taki trochę mój pamiętnik, ale też uświadamiacz. Każdy z nas jest zajęty, ma mnóstwo obowiązków, projektów, pracy, kiedy do tego ma się jeszcze dzieci termin znany jako czas wolny przestaje istnieć. Warto jednak czasami się zatrzymać, pobyć przez chwilę egoistą, pomyśleć tylko o sobie i się zbadać. Specjalnie dla was blogerka z bloga bu-rak stworzyła serię grafik mających wam przypominać o badaniach i ogólnie zmusić do pomyślenia o sobie. Kradnę kilka z nich i dzielę się z wami:
Źródło: http://bu-rak.blogspot.de
Źródło: http://bu-rak.blogspot.de
Dziewczyny (teraz będzie do dziewczyn, ale faceci też mogą przeczytać i przypomnieć swojej partnerce, siostrze, mamie, ciotce etc,) jeśli nie wiecie jak przeprowadzić badanie samemu zajrzyjcie tutaj. Jeśli nie jesteście pewne, czy wykonujecie badanie prawidłowo, najlepiej poruszyć ten temat z ginekologiem. Guz wcześnie wykryty daje wam prawie 100% szanse na przeżycie, może się też zdarzyć, że będziecie mieć takie szczęście jak ja i mimo wielgachnych rozmiarów potwora zostaniecie na tym ziemskim padole i będziecie odmrażać sobie tyłki na placu zabaw. Bez odbioru.
Przez ostatnie trzy tygodnie pracowałam po 6 dni, żeby zaczynający się dziś tydzień mieć zupełnie wolny i móc przyjechać w rodzinne strony. Pierwsza podróż sam na sam z Młodym na tylnym siedzeniu. Wcześniej zawsze jeździł ze mną zabawiacz i podawacz smoczków, butelek, ciastek, chrupków, owoców, zabawek, książek etc., dlatego miałam trochę czarną wizję tych 500 km, ale żeby podnieść butelki musiałam zatrzymać się tylko raz (za samym Berlinem), potem mogłam to zrobić stojąc w korku, przed Wrocławiem. Przez całą podróż zaśpiewałam na przemiennie Wlazł Kotek na Płotek, Był sobie król, Ogórek ogórek, Hej sokoły jakieś trzydzieści razem, płytę z bajkami Janoscha przesłuchaliśmy 10 razy, mogę teraz z głowy recytować Ach jak cudowna jest Panama oczywiście po niemiecku. Był też przystanek na frytki chyba w najbardziej obleganym McDonaldzie w Polsce, gdzie kolejki udało nam się uniknąć zamawiając samemu (swoją drogą zauważyłam, że ludzie boją się tych wielkich ekranów i jeśli już decydują się na samodzielne zamawianie robią to ze strachem w oczach). Dojechaliśmy cali i zdrowi, zmęczeni, ale szczęśliwi. Jak zwykle w czasie wizyt w Polsce mam całą masę rzeczy do załatwienia. Jutro jadę do Pszczyny, kupić Młodemu buty korygujące, mam nadzieję, że będzie chciał chociaż zmierzyć i odbędzie się bez fochów. Dziś wybieram się do kina na Amy, napiszę wam później małą recenzję. Zamówiłam książki, które pewnie będą do odbioru w środę. W weekend chcę wziąć udział w Szyb Maciej Chill Out i zrobić grilla w gronie rodzinnym. Chciałabym przez ten tydzień podładować trochę moje baterie, bo po powrocie zacznie się dla nas okres pełen wyzwań, bowiem od września zostaję Teamleiterem w pracy, a co za tym idzie spada na mnie cała odpowiedzialność. Muszę nauczyć się zostawiać pracę w pracy, bo łapię się na tym, że w domu nadal analizuję czy dobrze wykonałam powierzone mi zadania. Nowe zadania, więcej godzin, muszę mieć na to siłę i chęci. Na razie jestem nakręcona, ale zobaczymy jak będzie po pierwszym miesiącu na pełen etat. Póki co czerpię energię ze Śląska, z którego serdecznie Was pozdrawiam.
Ponad miesiąc przerwy od pisania to dość sporo. Czasem chciałabym nadrobić zaległości mając przerwę w pracy, ale nie mam ochoty pisać tekstu bez polskich znaków i poprawiać tego później w domu. Od miesiąca pracuję na 3/4 etatu, a co za tym idzie czasu mam jak na lekarstwo. Zdążyłam już nabyć wyrzuty sumienia, że nie poświęcam go wystarczająco dość Młodemu, ale tym bardziej nowa sytuacja uczy jak nim umiejętnie dysponować. Tegoroczne lato nie jest raczej typowe dla naszej małej rodziny, nie zaplanowaliśmy urlopu, bo ja w mojej pracy jestem dopiero od maja więc nie mam do wolnego prawa, a Marcinowi udało się w między czasie pracę zmienić i co za tym idzie znalazł się w takiej samej sytuacji. Wygospodarowaliśmy tydzień wolnego, który spędziliśmy nad jeziorem Miedwie. Było tak jak na wakacjach być powinno, czyli leniwie. W moim przypadku chyba, aż za bardzo. Przez pięć dni zajmowałam się moczeniem nóg w jeziorze, rozwiązywaniem krzyżówek panoramicznych, spacerami i oglądaniem programu agrobiznes (telewizja w ojczystym języku po długiej przerwie hipnotyzuje niezależnie od treści), także nic wartego do chwalenia się na instagramie lub facebooku.Na ostatni tydzień lipca przyjechała do nas jak się okazało niezastąpiona ciocia Karolina. Młody miał ferie w przedszkolu, więc musiałam skombinować dla niego opiekę, Prosząc o pomoc koleżankę z licealnej ławy trafiłam w dziesiątkę, bo Młody zakochał się bezgranicznie. Chyba nikt od dawna nie poświęcał mu tyle czasu, jemu tylko i wyłącznie. Panie wychowawczynie w przedszkolu są super, ale bawią się z szesnastoma innymi dziećmi, a tutaj uwaga 100% poświęcona temu jedynemu. Efekt, to tydzień bez marudzenia, jęczenia etc. czysta, bezustanna radość. Karolinka, której chciałam jeszcze raz serdecznie podziękować, wróciła już do domu, a Młody nadal z uśmiechem wspomina wspólnie spędzony czas. Dodatkowy plus wizyty cioci to językowa szala skłaniająca się znów bardziej w stronę polskiego. Od kilku dni zamiast schnecke słyszymy ślimak, a Strażak Sam nie jedzie ugasić feuer tylko pożar. Pewnie będzie chciał we wtorek to wszystko opowiedzieć paniom przedszkolankom, które umieją powiedzieć cześć i po dwóch latach nareszcie nauczyły się prawidłowo wymawiać imię Młodego. Wpadłam tutaj tylko na chwilę i jak zwykle rozpisuję się niepotrzebnie, a jeszcze dziś idę do pracy i muszę przed tym faktem ogarnąć trochę spraw. Obiecuję odezwać się szybciej niż 1 września. Tschus!
Jeśli w pracy się pospieszę i szybko zrobię zamknięcie, to do domu przyjadę koło 22 i w weekend jest jeszcze szansa, że spotkam rozbrykanego Młodego, bo jako królowie braku konsekwencji w weekend pozwalamy mu kłaść się późno. Zawszę udaję, że trochę się złoszczę, że jeszcze nie śpi, gderam, że zęby nie umyte, że trzeba to i tamto, a mleczko dalej nie wypite. Mimo te cieszę się, że mogę jeszcze zobaczyć go w akcji. Zazwyczaj wracając nie mam już siły na nic, mogę wygenerować z siebie jeszcze trochę energii, którą poświęcę rodzinie, nic poza tym. Brak mi czasu dla siebie, ale nic nie szkodzi, znajdę go kiedy indziej. Kiedy mam wolne, a zdarza się to zazwyczaj w środku tygodnia, próbuję pozbierać myśli i zrobić coś konstruktywnego, ale wszystko odbywa się w stylu "Poodkurzam jeszcze tylko tę pustynię i zabiorę się do pracy". Trudno jest być kreatywnym pomiędzy jednym praniem, a ściąganiem i prasowaniem drugiego, ale to nie problem bo na czas na rozwój i kreatywność też przyjdzie, wcześniej czy później. Nie spieszy mi się, przestało od ponad roku. Dlaczego o tym piszę? W zeszłym tygodniu znajoma stwierdziła, że nie ma we mnie pasji, nie palę się do kreatywnych zadań, a przecież powinnam bo to definiuje każdego projektanta/artystę. Nie dostrzega we mnie także zaangażowania, ani żadnych przejawów chęci tworzenia. Ogólnie jawię się dość depresyjnie.Pewnie tak jest, ale wcale nie czuję się z tym źle. W przeciągu trzech lat skończyłam studia będąc w ciąży, która była wpadką, a w efekcie, której wyemigrowałam do kraju, w którym mówi się na tyle skomplikowanym językiem, że potrzebowałam roku by dojść do poziomu: coś tam powiem i coś zrozumiem. Emigracja bywa trudna w pojedynkę, w ciąży może okazać się jeszcze trudniejsza. Pamiętam stres związany z nadchodzącym rozwiązaniem plus myślenie o tym co będzie później i przede wszystkim, czy damy sobie radę jako rodzice i jako para. Miałam w sobie, w owym czasie jeszcze trochę pasji, która wyparowała ze mnie w dość szybkim tempie w pierwszych miesiącach macierzyństwa. Może i spałam w nocy, ale na ciągłym stand by co doprowadzało mnie do coraz głębszej rozpaczy. W pewnym momencie zaczęłam planować, że na jedną noc wybiorę się do hotelu i tam pośpię mocno i głęboko. Planów nie zrealizowałam, ale czas bycia zombie z biustem na wierzchu szybko minął. Miesiące mijały, a ja mimo coraz większej wprawy nie stawałam się ani trochę bardziej wypoczęta. Przed pierwszymi urodzinami Młody został przyjęty do przedszkola, a ja odkryłam, że mam raka. Chodziłam wtedy na kurs niemieckiego, którego mimo pobytu w szpitalu nie przerwałam, operację miałam w piątek, a na pierwszych zajęciach pojawiłam się po nie całym tygodniu. Od tamtego momentu zaczął mną kierować strach, że czegoś nie zdążę, że życie jest na moim przykładzie nieprzewidywalne, że muszę wszystko na raz, tu i teraz. Prawie przez pół roku nie docierało do mnie, że tak się nie da. Nie da się też przejść od raka do porządku dziennego, wrócić do wcześniejszych czynności jakby nigdy nic się nie stało. Byłam pewna, że oswoiłam sytuację, panuję nad nią i nadal mogę być super mamą,uczyć się codziennie nowych słówek, przygotowywać do egzaminu i planować operację rekonstrukcji piersi jakby to była wizyta u fryzjera, rozglądać się za pracę i bywać od czasu do czasu duszą towarzystwa. Długi czas grałam kogoś kim już dawno nie byłam i nadal nie jestem, co więcej nie będę. Tylko, że teraz mam tę świadomość, wtedy nie miałam i to była męczarnia. W nowym życiu, w nowej sytuacji człowiek uczy się wszystkiego od nowa, a ja tak traktuję moją obecną egzystencję. Już nie jestem tą samą Karoliną, która brykała po Łodzi od klubu do klubu i czas bezsensownie przelatywał jej przez palce. Kłamałabym gdybym powiedziała, że teraz wykorzystuję go w 100%, ale przez macierzyństwo i zdrowotne perypetie spędzam go zupełnie inaczej. Muszę w tym nowym "byciu" odnaleźć z powrotem pasję i radość tworzenia, ale póki co nie mam na to ochoty. Chcę odpocząć, na chwilę w spokoju.
Zdążyłam pojechać do Paryża na wycieczkę z rodzicami, w wieku 10 lat, strasznie się wtedy wynudziłam. Nie zdążyłam pojechać do Tokio, nie wykluczone, że kiedyś pojadę. Zdążyłam wynająć mieszkanie, nie stać mnie na kupno, z resztą nie potrzebuje mieszkania na własność. Zdążyłam wpaść i urodzić fajnego człowieka, wcześniej z brzuchem zdążyłam skończyć studia pisząc w 6 miesiącu ciąży mega dołującą pracę magisterską. Zakładam, że zdążę zrobić karierę, a jeśli nie zdążę to nakręcę o tym smutny spot. Zakładam też, że będąc mamą dam radę pracować i może nawet zarobić na wycieczkę do Tokio. Wiem, niesamowity plan, trudny do zrealizowania, a nóż widelec mi się uda. Od przedwczoraj internet huczy od wyjątkowo nieudanej, dennej i odrealnionej niczym teoria zamachu w Smoleńsku kampanii Fundacji Mamy i Taty, która ma na celu...? No właśnie co autor miał na myśli? Chciał nam pokazać, jak po mistrzowsku zmarnować przekazany przez obywateli 1% podatku, czy może uzmysłowić, że nie ma pojęcia o sytuacji w jakiej żyją młode, zdolne do prokreacji Polki? Otóż nie dowiemy się nigdy, bo zamiast przyznać się do klasycznej wtopy albo chociaż wytłumaczyć się z tego niesamowitego filmu fantasy pracownicy tej instytucji kręcą z siebie bekę razem z całym internetem i na swoim fanpagepublikują prześmiewcze memy. Serio? Mogłabym tutaj rozpisywać się o tym, że spot jest mocno szowinistyczny, sugerujący, że kiedy kobieta osiąga sukces to robi samej sobie krzywdę, bo na pewno nie znajdzie czasu na dziecko, ale szkoda na to mojego czasu. Szkoda, że autorzy całego konceptu nie wpadli na pomysł poruszenia problemu dzieci już istniejących, których ojcowie zalegają latami ze spłatą alimentów tudzież matek, które swoje dzieci porzucają na śmietniku, albo wychowując je traktują jak śmieci. Temat rodzicielstwa, lub jego braku był już poruszany kilkakrotnie. Był spot o narodzinach odkurzacza, kto nie widział niech kliknie tu. I co bezdzietni? Przekonuje was? Bo mnie ani trochę, lubię za to filmiki kręcone na zlecenie Procter & Gamble, od których szczęśliwym rodzicom kręci się łezka w oku, a tym którzy dzieci nie mają pokazują, że rodzicielstwo to nie kłody pod nogi kroczące do kariery.
(Szukałam filmiku, w którym ojcowie próbują założyć dzieciom rajstopy, ale niestety vimeo dziś bardzo zawodzi.) Może ktoś pamięta i wklei tutaj w komentarzu, tymczasem ten pan na pewno nie zdążył na samolot do Paryża:
Pamiętam strach przed porodem, pamiętam przedłużające się oczekiwanie na rozwiązanie, pamiętam ten moment kiedy leżał już na mojej piersi i intuicyjnie szukał sutka, pamiętam łzy wzruszenia i dumę, że dałam, że daliśmy radę, wszyscy troje. Potomstwo to zmartwienia i strachy o zdrowie, bezpieczeństwo, przyszłość naszego dziecka, ale przede wszystkim i najczęściej ogromna radość. Codziennie myślę, o tym, że spotkał mnie ogromny zaszczyt uczestniczenia w jego życiu. Obserwowania jak dorasta i towarzyszenia mu w budowaniu osobowości. Kiedy śpi, często sami leżąc już w łóżku wspominamy co najmilszego zdarzyło się w ciągu dnia za jego sprawą. Cieszymy się każdą wspólną chwilą, bo wiemy, że czas bezlitośnie biegnie i już za chwilę może go wspólne nie być aż tyle. Dziś jest wyjątkowy dla nas rodziców dzień, dzień naszych pociech (to słowo jest bardzo na miejscu, bo człowiek zawsze odnajduje w dziecku pocieszenie, miałeś ciężki dzień? pomyśl, że wieczorem będziesz z nim układał klocki albo pójdziecie razem na rower albo odpowiesz na tysiąc pytań o wszystko co mu chodzi po głowie.) Z okazji Dnia Dziecka chciałam życzyć mojemu synkowi i wszystkim jego kolegom i koleżankom: Wszystkiego co najlepsze, radości, uśmiechu na co dzień i czasu, dużo czasu spędzonego z rodzicami i resztą rodziny.
Tyle tutaj odwiedzin, zakładam, że każdy wychodzi równie szybko jak przyszedł rozczarowany brakiem nowych wpisów. A zatem dziś mały update z życia Mamazonki i jej rodziny. Ostatnio dosyć intensywnie poszukuję pracy, a co za tym idzie spędzam kilka godzin dziennie śledząc w internecie nowe oferty, łażę także tu i tam rozglądając się za ogłoszeniami. Szukam pracy tymczasowej, która pozwoli nam co weekend napełnić wózek sklepowy potrzebnymi artykułami, ponieważ na co dzień zajmuję się projektem, który profity, sławę i satysfakcję przyniesie trochę później. Prócz poszukiwań, pracy nad projektem, oczywiście spędzam dużo czasu z naszym milusińskim. Teraz z okazji wiosny i pięknej pogody na topie jest rower biegowy. Początki były dość oporne, ale szybko zrobił postępy i śmiga już dosyć długie jak na dwu i pół latka trasy. Zatem duma mnie rozpiera. Z innymi rzeczami bez zmian, dalej ciężko go zrozumieć, nie wiem czy już wam kiedyś wspominałam, że często nie mamy pojęcia co do nas mówi, ale zauważyliśmy, że do nas zwraca się używając dużo "ś,ć,k,w,b" i jest to coś w stylu "sksćkskskśkbbwwwkwb" a jak próbuje mówić po niemiecku to dużo wyrazów kończy się na "ou" np. zamiast "auto" mówi "autou". Nie wiem co wyniknie z tego miksu dwóch tak różnych języków, ale dalej trzymamy się zasady "one person, one language" bardzo ważnej w przypadku wychowywania dzieci dwujęzycznych. Jedyne odstępstwo od reguły to czytanie książek, które staramy się czytać i po polsku i po niemiecku. Jeśli tego bloga czyta jakaś osoba, która wychowuje dziecko w dwóch językach to chętnie usłyszę jakieś pożyteczne rady. Kończę, bo kolejny weekend z rzędu mam wolne tylko jednego dnia, a co za tym idzie czasu jak na lekarstwo. Ciao!