Przjechałam do
Polski na prawie miesiąc. Czytam w internecie o tym jacy ludzie są przerażeni
bo w w kraju pojawił się nowy potwór: LGBT. Pod kolejnymi arykułami dotyczącymi
tematu środowisk osób homoseksualnych i transpółciowych wylewa się gówno, napędza
kolejne i tak płynie nieustanna fala napędzana przez ludzi, których niefortunnie
uważa się w tym kraju za autorytety. Jakiś dziadek, który z własnej woli wybrał
życie w jakiejś skrajnej formie, nie mającej praktycznie nic wspólnego z życiem
codziennym zwykłych ludzi opowiada bajki o zarazie. Jego postawa, myśl
która będzie miała wpływ na tych którzy jej słuchają jest kwintesencją perfidii
i hipokryzji. Jest świadectwem tego, jak bardzo kościół oderwany jest od rzeczywistości,
co więcej jest świadectwem upadku tego kościoła. Im więcej tego słucham tym
jestem bardziej pewna, że to ostatnie tchnienie tej instytucji. I wiecie co? Jest
mi przykro. Nie jestem osobą wierzącą, z egzystencjalną troską radzę sobie w
inny sposób. Nie potrzebuję wiary do tego, by poradzić sobie ze strachem przed nieszczęściami,
czy ostatecznie przed śmiercią. Miałam to szczęście w życiu odebrać odpowiednią
ilość edukacji, by znaleźć inne sposoby na sublimację owych trosk. Ale mam
świadomość, że wielu ludzi tego kościoła potrzebuje, bo jest to jedyna forma
wspólnoty w jakiej mają okazję uczestniczyć. Wiara pomaga im przetrwać i poradzić
sobie z tym, że wszystko czego doświadczyli, zrobili w życiu ostatecznie na
końcu nie będzie miało sensu. Tymczasem miejsce, które im to wszystko zapewnia
pędzi ponad stówę na godzinę drogą jednokierunową zakończoną grubym na metr
stalowym ogrodzeniem. Opowiadając bzdury o kolejnych zagrożeniach, figurach
abstrakcyjnych jak genger czy LGBT, siejąc kolejne nieprawdziwe, przesiąknięte
nienawiścią historyjki kościoł w Polsce nie przyciągnie do siebie ludzi młodych.
A niestety tylko w taki sposób miałby jakąkolwiek szansę przetrwać. Ale o czym
ja mówię. To już jest koniec. Nie wiem co musiałoby się stać żeby ludzie młodzi,
wolni, myślący, a mam mimo wszystko wrażenie, że takich w Polsce jest więcej
chcieli uczestniczyć w tej wspólnocie. Mogłabym powiedzieć, że to początek
końca, ale to nie początek tylko już prawie koniec. Wątpię, że ten tekst przeczyta
ktokolwiek, kto popiera te falę nienawiści, ale może przez przypadek znajdzie
się jedna zbłąkana duszyczka, która popiera, dlatego mam coś na pocieszenie, przykład
z Berlina, w którym sobie mieszkam od paru lat. Kościoły nadają się świetnie
pod takie duże place zabaw dla dzieci, można wewnątrz spokojnie budować
konstrukjce do wspinania i wszelkich innych aktywności, by młodych ludzi, przyszłe
pokolenia uczyć żyć w wspólnocie. Wspólnocie radości i miłości.
sobota, 3 sierpnia 2019
czwartek, 9 sierpnia 2018
62 (mamozonkowe zmiany zawodowe i zdrowotne)
Zauważyłam, że zaczynam pisać tutaj dwa posty rocznie, jeden
zimą i jeden latem. Może dodam jeszcze jeden jesienią i jeden na wiosnę, będzie
ich wtedy aż cztery! A może po prostu nie będę obiecywała ani sobie, ani
czytelnikom, że coś tutaj będzie pojawiało się regularnie, bo zwyczajnie nie
dotrzymuję tej obietnicy i potem znów muszę pisać, że się nie udało etc.
Nieważne. Ważne, że jestem tutaj dla Was dziś i opowiem Wam o zmianach jakie
zaszły w moim życiu, przez ostatni rok, a nawet rok i kilka miesięcy.
W zeszłym roku, w miesiącu sierpniu, mniej więcej w połowie
zaczęłam kurs Webdesignu. Na pytanie dlaczego zdecydowałam się na taki krok,
niejako obrót mojej „kariery” o 180 stopni opowiem Wam w osobnym poście, albo
przy kawie kiedy spotkamy się w Berlinie lub gdzieś w Polsce. Liczy się fakt,
że o ten kurs walczyłam prawie pół roku, a żeby go zdobyć musiałam przejść masę
bardzo nieprzyjemnych i w jakimś sensie poniżających dla mnie sytuacji. O
jednej z nich piszę dwa posty wcześniej. Jak zapewne wiecie albo nie wiecie u
mnie już tak jest, że nic nie przychodzi mi łatwo i są na tym świecie ludzie,
którzy w niemieckim urzędzie pracy dofinansowanie do przekwalifikowania się
dostają od ręki, a są tacy, którzy się nazywają Karolina i muszą się nachodzić,
nastać, naczekać, zrobić parę awantur
etc. Koniec końców dostałam to czego chciałam i znalazłam się w szkole, gdzie
codziennie praktycznie od rana do wieczora z mniejszym i większym sukcesem
nauczyciele kładli mi do łba podstawy HTML, CSS, JS, PHP itp. Niektóre moduły
były fajne inne nie, jak to w każdej szkole wszystko zależało od tego, kto je
prowadził i czy potrafił przekazać wiedzę. Kurs ukończyłam w grudniu, a już
praktycznie w listopadzie zaczęłam szukać pracy jako tester oprogramowania idąc
w ślady mojej koleżanki Pauliny (odwiedźcie koniecznie jej bloga). Uczęszczanie na rozmowy przerwała mi
operacja, która odbyła się w styczniu (klik). Gdyby skończyło się na operacji,
dojściu do siebie etc. byłoby w moim życiu śmiertelnie nudno. Niedługo po
powrocie do domu okazało się, że cierpię na nową chorobę jaką jest zakrzepica
żył głębokich. W planach miałam, że zaraz po tym jak przestanę leżeć plackiem
wrócę do poszukiwań pracy, ale okazało się, że kuleję na prawą nogę i trudno
jest to ukryć przed potencjalnym pracodawcą wchodząc na rozmowę o pracę. Mimo tego, udało mi się krótko po tym jak
praktycznie kilka razy w tygodniu odwiedzałam pobliskie pogotowie dostać pracę
w firmie robiącej software dla branży motoryzacyjnej. Kiedy piszę te słowa mam ochotę
zadać sobie pytanie: jak ja to kurwa robię? Co więcej z perspektywy czasu
wydaje mi się zabawne, że na niektóre rozmowy chodziłam z ukrytą pod ładną
bluzką boląca, niezagojoną raną, w której zbierało się osocze i nie było
możliwości bym mogła się jakkolwiek rozsiąść i swobodnie rozmawiać.
Od marca pracuję kilka dni w miesiącu, ponieważ praca jest w
niepełnym wymiarze godzin, próbuję też wyzdrowieć i codziennie grzecznie łykam
tabletki rozpuszczające zakrzep, który powstał w mojej stopie. Co może wydać
się interesujące to fakt, że mój chirurg wysłał mnie do centrum krzepliwości
krwi (nie wiem jak nazywa się polski odpowiednik takiego miejsca), gdzie
przeprowadzono mi szereg badań i okazało się, że jestem nosicielem mutacji
genetycznej o wdzięcznej nazwie Faktor V Leiden. A oznacza to mniej więcej, że
cierpię na wrodzoną trombofilię. Nie wiem czy ta wiadomość jakoś mnie
zaszokowała, chyba po diagnozie jaką jest rak trudno przejąć się takimi
rzeczami. Pewnym jest jednak, że wszystkie wcześniejsze niepowodzenia, a w tym
największe czyli utrata pierwszej zrekonstruowanej piersi były spowodowane tą
mutacją. Myśl ta w jakimś sensie mi pomaga, bo nie zadaję sobie pytania
dlaczego tak się stało i czy mogło stać się inaczej. Teraz wiem co mi jest i
wiem, że przy kolejnych operacjach muszę dostawać specjalne leki itd. A
następne odbędą się prędzej czy później. Obecnie jestem na etapie dyskusji z
kasą chorych, która jak zapewne wiecie z mojego facebooka odmówiła mi
napełnienia nowej piersi własnym tłuszczem, a w zamian oferując mi operacje,
które już miałam. Jak tylko dowiem się w jaki sposób ludziom odrastają mięśnie
i amputowane elementy ciała dam Wam znać, bo będzie to dosyć duży przełom w
medycynie, a co za tym idzie na pewno usłyszycie o mnie w prasie albo
telewizji. A mówiąc już poważnie, wiele się działo i pewnie wiele jeszcze
zadzieje. Czuję, że streściłam Wam nieco z mojego życia, aczkolwiek jest to
mały procent. Kto dotrwał do końca ten dostaje ode mnie wirtualnego buziaka.
Pozdrawiam Was i do usłyszenia!
środa, 24 stycznia 2018
61 (operacj(a)(e))
Wtorek 09.01.2018 moich lekarzy widziałam ostatnio w lipcu
kiedy przekładałam termin operacji, od tamtego czasu zero kontaktu. Ekspander,
który noszę pod skórą od września 2016 roku jest napełniony, skóra się
równomiernie naciąga, wszystko przebiega zgodnie z planem, nie ma i nie było zatem
potrzeby kolejnej wizyty. Jestem już w głębokim stresie, chodzę rozkojarzona,
zamyślona. Marcin mówi, że prawie się nie odzywam, a ja owszem prowadzę
wewnętrzny monolog. Prędkość myśli przekracza tę zwyczajną. No dobra, przejadę
się do szpitala, żeby chociaż się upewnić, że w czwartek idę pod nóż. W
szpitalu mówią, że mam przyjść jutro, od 8 rano będę mogła załatwić
formalności, -„tylko proszę nie zapomnieć numerka w poczekalni, bo będzie pani
tam siedziała wieki”. Nie zapomnę, będę tutaj operowana czwarty raz.
Środa 10.01.2018 siedzę w poczekalni, ku memu zdziwieniu
prócz mnie tylko kilka osób (zawsze jest tu tłoczno). Starsi mają problemy z maszyną do numerków, bo
prócz tego, że wybiera się cel wizyty trzeba jeszcze potwierdzić odpowiednim
przyciskiem rezerwację biletów. Czekam może pół godziny. –„Ma pani skierowanie?
Przepraszamy, ale dziś u nas zamieszanie bo nie działają drukarki, musimy
biegać od jednej do drugiej, w trakcie operacji pobierzemy krew, czy zgadza się
Pani by później została wykorzystana przez naszych studentów? Czy wyraża Pani
zgodę, że w przypadku śmierci szpital będzie mógł wykorzystać Pani ciało do
celów naukowych?” Podwójne tak, róbcie co chcecie, jakby mi się umarło, będzie
mi już obojętne, a jeśli mogę się na coś przydać…, trup, a jednak się przydaje,
kto by pomyślał. Umowa podpisana, zapraszamy do ambulatorium, zapraszamy na
rozmowę z anestezjologiem, w amoku daję się namówić na jakieś dodatkowe
znieczulenie, które ponoć spowoduje, że po przebudzeniu nie będę czuła bólu od
razu,... akurat. „-Bo wie Pani, będzie ciągnąć i boleć?”. Wiem, mam doświadczenie.
Potem krew i rozmowa z dwoma chirurgami. „Wszystko wiemy, wszystko ustalone,
skóra piękna, chcemy potem coś poprawiać w zdrowej piersi? (czyt. Ma już swoje
lata)”. Nie wiem, na razie nie poruszajmy tego tematu, skupmy się na pierwszym
celu, zamiast jednego cycka mają być dwa ok? Do jutra, do widzenia, widzimy się
na bloku, głowa do góry, będzie extra.
Wieczór. Godz. 20.00 dzwoni telefon. Któż to może dzwonić o
tej porze. O znam ten numer,
Chirurgische Ambulanz. „-Guten Abend Frau Goerlich, dzwonię w ważnej sprawie.
Bo Pan profesor tak myśli i myśli, pełen jest wątpliwości, bo chcemy dla Pani jak
najlepiej, a może się okazać, że będzie jak najgorzej. Bo chcemy mieć
alternatywę, bo sama Pani rozumie, najważniejszy jest tutaj cycek, planowaliśmy
z pośladka, ale to czasem nie wychodzi, bo to pionierska metoda, bo jeszcze nad
nią pracujemy, bo myślimy i się namyślamy, może Pani wyrazi zgodę, że jutro
zadecydujemy, jak już Pani będzie spała smacznie. Bo mamy alternatywę, płat z
mięśnia najszerszego grzbietu, co Pani na to, możemy przenieść mięsień, możemy
potem to tu to tam odessać tłuszcz i będzie pierś, bez ryzyka”. Jeszcze przed
telefonem trudno było mi się skupić, teraz nie wiem jak się nazywam. Płat z
pleców? Google pomóż, grupo Amazonki pomóż, ktoś ma doświadczenia? Ktoś może
coś doradzić, dlaczego mówią mi to teraz, w zasadzie parę godzin przed
operacją? Mętlik i niedowierzanie. Już wiem, że sama nie dotrę do szpitala,
potrzebuję kogoś kto będzie jutro myślał za mnie.
Nie śpię prawie wcale, budzę się co kwadrans, żeby sprawdzić
czy nie zaspałam i czy już mam się ubierać i jechać. Walizka spakowana, dziecko
ucałowane, kolczyki zostawiam w domu. Nogi z waty, głowa z waty cukrowej, ręce
z lodu, serce ciężkie wali jak młot.
Czwartek 11.01.2018
„Dzień dobry, Guten morgen, Pani dziś pierwsza, zapraszamy…
aaaa chce Pani z chirurgiem porozmawiać? A to zaraz zadzwonimy, przyjdzie ktoś
z góry i wszystko wyjaśni”. Na przyjście z góry, z samego nieba chirurgii
czekamy półtorej godziny, ja już w koszulince, pod pierzynką w moim łóżku, a
Marcin ze spojrzeniem utkwionym w zegar, bo myślał, że się nie spóźni do pracy,
a jednak. Przychodzi dwóch, ona i on, inna Para niż wczoraj. Zaczynają
tłumaczyć, najpierw ona potem on, że najpierw wejdą przez klatkę piersiową,
zobaczą co tam się pokaże, jak prezentują się naczynia, bo jedni mają długie, a
inni krótkie i to jest w zasadzie sprawa kluczowa. Z krótkimi naczyniami nie
połączy się tkanki nawet z najdorodniejszego pośladka, a wierzcie mi,
wyhodowałam przez ostatni rok dorodne. Także ten tego ten, są różne sposoby, a
chcemy żeby było pięknie i zdrowo. Jest mi już obojętne, niech robią co chcą,
niech robią jak najlepiej, do widzenia, do zobaczenia za 600 minut, widziałam,
że tak stoi w planie operacji, viel Spass, widzimy się później.
Budzę się po 17.00 dupa cała, ale nie mogę ruszyć ręką. A
jednak, moje naczynia dały za przeproszeniem dupy, co brzmi zabawnie w tej
sytuacji. Pamiętam, że lekarz pyta jak się czuję odpowiadam mu „comme ci comme
ca” co jest dosyć irracjonalne, bo jest z pochodzenia Grekiem, ale mój
spowolniony narkozą mózg kwalifikuje go do grupy mówiącej po francusku. Poza
tym jesteśmy w szpitalu Charité
(po francusku: miłosierdzie), zatem nikt nie powinien się obrażać. Jestem
otumaniona, ale umiem poprosić o wodę. Niedługo przychodzi ktoś i
zabiera mnie na salony, Station 110, no to jedziemy. Tam czeka już Marcin,
chyba źle wyglądam, bo w jego twarzy słabo odbija się mój pooperacyjny blask.
No, nie mam kawałka pleców, ale to dobrze, wszystko będzie dobrze.
Wkrótce zostaję sama, tzn. na pastwę pielęgniarek i albo to
ja albo one, ale dzieje się źle. Jedna, sądząc po wieku doświadczona proponuje
mi abym wstała i się przeszła. Czemu nie, wprawdzie dopiero co przyjechałam ale
chodzić trzeba, krew krążyć musi. „-Ja ci kochanieńka pomogę, zaraz się przejdziesz
tutaj pięknie do drzwi i wrócisz, dreny odczepimy od materaca, cewnik pod pachę
i w drogę”. Jestem lekko upośledzona po tym kilkogodzinnym majstrowaniu przy
moich tkankach, zatem zgadzam się na wszystko, także by pani założyła mi
koszulinkę moją własną, z domu przyniesioną. Nie rejestruję za bardzo co się
dzieje, cieszę, się, że dostaję kanapkę i jakoś udaje mi się przetrwać ten
wieczór. Jeszcze mi się wydaje, że jest super, ale zaraz przestaje. Mam bardzo
wysokie ciśnienie, a do drenu, którego nie widzę bo dynda z boku łożka leje się
krew. „-Ojojoj, już leci na skrzydłach lekarka, a ubierała się do wyjścia, no
coś takiego no”. Jednak pooperacyjne spacery mi nie służą. Krwawienie wewnątrz
rany. Musimy otworzyć, ale nie ma sali, czekamy i uciskamy. Kurwa uciskamy,
raną do skórzanego worka z piaskiem. Mówiłam już, że mnie boli? Boli, a
dociskając boli jeszcze bardziej. Dociskam tak 4h, bo nie ma wolnej Sali, bo za
dużo jest ludzi z wypadków, których życie oddala się szybciej niż moje. Sensacyjną
wiadomością okazuje się, to, że zjadłam kolację, a wiadomo, przed narkozą sześć
godzin jeść nie można. Informacja o tym, że jadłam rozprzestrzenia się z
prędkością światła, przekazywana z ust do ust ostatecznie wywołuje u mnie atak
paniki, bo mam wizję wymiotów w trakcie operacji, zarzygania się na śmierć itd.
Jeszcze tylko zmienię łóżko na operacyjne, jeszcze tylko wdrapię się na
dmuchany materac, żeby nic nie zniszczyć, co zostało już zrobione i można ciąć,
drugi już raz dzisiaj, a nie przepraszam jest piątek 12.01.2018.
Nad ranem, a dokładnie o 4.00 wracam na salony, siostry od
spacerów już nie ma, pewnie poszła spacerkiem na przystanek. Żyję, krew
zatamowana, kanapka strawiona, boli mnie wszystko, przez resztę tygodnia boleć będzie mniej i bardziej, w różnych miejscach, a najbardziej w operowanym boku. Ale jest cyc, a raczej cyca początek, bo jeszcze czeka mnie ok. 5 operacji odsysania tłuszczu i napełniania tam gdzie trzeba. Jedni mówią, że jestem odważna, a ja biorę też pod uwagę fakt, że jestem bardzo głupia.
czwartek, 20 lipca 2017
60 (czy to miejsce jest twoje?)
Ostatnie, niecałe dwa tygodnie spędziłam w Polsce. Wyjazd planowany na szybko podyktowany był tym, że od sierpnia idę na parę miesięcy do szkoły, a co za tym idzie, nie będę mogła pozwolić sobie na odwiedzanie rodzinnych stron. W ostatnich latach moje wyjazdy przebiegają według podobnego scenariusza. Scenariusza emigranta, rodzina, znajomi (z każdym chciałoby się zamienić słowo, ale nie zawsze starcza czasu), fryzjer, szewc, zakupy czyli biały ser półtłusty, barszcz, żurek, kiełbasa. Do tej listy pasowałoby jeszcze kino, ale tym razem nie za bardzo było na co pójść, zatem zrezygnowałam z tego punktu.
Z każdą wizytą słyszę te same pytania, czy nie chciałabym może wrócić, pyta ktoś nieśmiało, czy mi tam dobrze, pyta kto inny nie dowierzając, czy nie boję się zamachów (moje ulubione)pyta ktoś, kto przedawkował polską TV.
Nie mam gotowych odpowiedzi na te pytania, bo pomimo tego, że na początku przyszłego miesiąca stuknie mi 5 lat w Niemczech nadal jestem w jakimś sensie jedną nogą w Polsce. Co więcej, chyba zawsze będę. Dom to nie miejsce lecz stan śpiewała Katarzyna Nosowska, a ja dodałabym, że dom to stan, w którym otaczają cię ludzie. Rodzina ta bliższa i dalsza, ale także znajomi, z którymi jak się okazuje znasz się prawie 25 lat. Mój dom jest tam gdzie, ktoś serdecznie mnie wita, gdzie z zainteresowaniem słucha tego co mam do powiedzenia, gdzie otwarcie opowie mi o swoich troskach i radościach. Mój dom jest już też po części tutaj. Tak się złożyło, że w Berlinie zamieszkało równolegle ze mną kilku przyjaciół z czasu studiów, ale przede wszystkim tutaj jest dom mojego syna. Nawet jeśli czasem myślę, że to miejsce nie jest do końca moje, wiem na pewno, że należy do Piotrka. Myślę o tym kiedy widzę jak pewnie się czuje w naszej okolicy. Ma swoje miejsca, ulubione place zabaw, zna drogę do przedszkola, wie gdzie są najlepsze lody i że w autobusie dwupiętrowym najlepszy widok jest z przodu, u góry. Trochę mu zazdroszczę, nie poznał jeszcze tego dojmującego uczucia rozerwania, wielkiego rozkroku obejmującego dwa państwa, ale chciałabym, żeby w przyszłości wiedział, że jego miejsce jest tam gdzie bliscy, którzy potrafią go wysłuchać.
Z każdą wizytą słyszę te same pytania, czy nie chciałabym może wrócić, pyta ktoś nieśmiało, czy mi tam dobrze, pyta kto inny nie dowierzając, czy nie boję się zamachów (moje ulubione)pyta ktoś, kto przedawkował polską TV.
Nie mam gotowych odpowiedzi na te pytania, bo pomimo tego, że na początku przyszłego miesiąca stuknie mi 5 lat w Niemczech nadal jestem w jakimś sensie jedną nogą w Polsce. Co więcej, chyba zawsze będę. Dom to nie miejsce lecz stan śpiewała Katarzyna Nosowska, a ja dodałabym, że dom to stan, w którym otaczają cię ludzie. Rodzina ta bliższa i dalsza, ale także znajomi, z którymi jak się okazuje znasz się prawie 25 lat. Mój dom jest tam gdzie, ktoś serdecznie mnie wita, gdzie z zainteresowaniem słucha tego co mam do powiedzenia, gdzie otwarcie opowie mi o swoich troskach i radościach. Mój dom jest już też po części tutaj. Tak się złożyło, że w Berlinie zamieszkało równolegle ze mną kilku przyjaciół z czasu studiów, ale przede wszystkim tutaj jest dom mojego syna. Nawet jeśli czasem myślę, że to miejsce nie jest do końca moje, wiem na pewno, że należy do Piotrka. Myślę o tym kiedy widzę jak pewnie się czuje w naszej okolicy. Ma swoje miejsca, ulubione place zabaw, zna drogę do przedszkola, wie gdzie są najlepsze lody i że w autobusie dwupiętrowym najlepszy widok jest z przodu, u góry. Trochę mu zazdroszczę, nie poznał jeszcze tego dojmującego uczucia rozerwania, wielkiego rozkroku obejmującego dwa państwa, ale chciałabym, żeby w przyszłości wiedział, że jego miejsce jest tam gdzie bliscy, którzy potrafią go wysłuchać.
środa, 26 kwietnia 2017
59 (wtorek)
Przed 11. łykam tabletkę uspokajającą, boję się, że bez tego nie dam rady znów opowiadać mojej historii. Nie chce mi się jej opowiadać, w ogóle nie uważam, że jest na to zapotrzebowanie, ale urzędnicy są innego zdania. Zatem łykam i idę. Po drodze spotykam mamę jednego z kolegów Piotrka. Su-Zien to jedna z nielicznych, niemieckojęzycznych mam, z którymi udało mi się nawiązać kontakt, reszta nadal nie odzywa się do mnie zbyt często, a jeśli już to nie wiedzieć dlaczego mówi po angielsku. Jedziemy razem tramwajem i S-bahnem, rozmawiamy o pracy, o jelitówce, którą przechodzi właśnie jej młodszy syn. Rozstajemy się na Schoenhauser Alle, muszę zmienić pociąg, bo ten którym jechałyśmy odbija na Pankow. Nie lubię jeździć Ringiem, bo widoki z okna są delikatnie mówiąc mało interesujące. W końcu moja stacja. Wysiadam na jakimś dziwnym odcinku peronu i nie jestem pewna czy mam iść w prawo czy w lewo, a z tej myśli dodatkowo wytrąca mnie młoda Arabka, która pyta czy wiem gdzie jest ulica BlaBla, tak się składa, że wiem, ale nadal nie wiem, w którą dziurę się wpakować, żeby wyjść po prawidłowej stronie ulicy. Idziemy pod ten sam adres, zatem idziemy razem. Po drodze opowiada mi, że się uczy i będzie pracować w policji, że jeszcze rok i zaczyna praktykę, tymczasem urząd weryfikuje, czy należy jej się jeszcze Kindergeld. Mówię, że praca, którą wybrała jest ciężka, a ona z uśmiechem odpowiada, że potrzebują takich ludzi jak ona, którzy mówią po arabsku. Racja. Jeszcze kilka kroków, jeszcze parę zdań, rozstajemy się przy wejściu, ja wiem gdzie mam iść, ona musi zapytać w recepcji.
Przez głowę przebiega mi myśl, że dziś nic dobrego się nie wydarzy, W moim przekonaniu utwierdza mnie spojrzenie kobiety, z którą będzie mi dane rozmawiać, jest suche i beznamiętne. Myślę, że ma dosyć ludzi i słuchania ich historii, że dawno zatraciła gdzieś empatię, która tak ważna jest w pracy lekarza. Jestem w środku, zaczyna się wałowanie. Miliony pytań, kobieta mówi niewyraźnie i na wdechu, więc w co trzecim pytaniu proszę o powtórkę. Od tego co powiem, jak powiem i jak ona to zinterpretuje zależy w tym momencie wiele. Rozmawiamy o błahostkach, czy mój partner pracuje, czy prowadzę samochód, ile lat ma mój syn, czy wysypiam się w nocy, czy mam apetyt, kiedy była operacja. Skrupulatnie zapisuje wszystko na kredowej kartce, która wygląda jakby leżała w tym biurze od trzydziestu lat. Guza, który urósł w moim ciele nazywa "das ding", co wydaje mi się dosyć mało wyszukaną nazwą, ale niech jej będzie, nie będziemy używać medycznych nazw to i może nie zrobi się nieprzyjemnie. Przegląda moje papiery, pyta o stadium, szuka wyników histopatologii, widzi rozmiar dynksa i nagle zamiera, pyta mnie raz jeszcze o datę urodzenia, a potem prosi o pokazanie blizny, nagle mięknie i pyta co chciałabym robić, jakie mam plany i w czym ona może mi pomóc. Opowiadam po raz czwarty, że nie chodzi mi o nic specjalnego, że chciałabym się uczyć, ale nie stać mnie na opłacenie samemu szkoły. To jedyna sensowna droga, którą widzę w tym momencie, bo wiem już, że poprzednio wykonywane obowiązki były dla mnie za trudne. Czas powiedzieć sobie to wprost, nie masz tyle sił Karolina, nie jesteś sobą, przestałaś 3 lata temu i musisz się przyzwyczaić do nowej formy siebie, nowej kondycji, niezwykłego samopoczucia. W końcu pada zdanie o tym, że mi pomoże tak jak jest to możliwe w jej zakresie, nic poza tym, reszta należy już do nierozsądnej osoby, która mnie tutaj przysłała. Każe mi obiecać, że nie będę się przemęczać i będę unikać stresu, obiecuję i wspominam, że trochę się śpieszę, bo mam wizytę w szpitalu, jakąś ósmą z rzędu, bo przygotowuję się do operacji. Na pewno tego chcesz? Niektóre kobiety nie robią rekonstrukcji, tylko usuwają wszystko co im zagraża. Tak, chcę, chociaż przez chwilę znowu być sobą i myśleć, że już zawsze będę zdrowa.
Przez głowę przebiega mi myśl, że dziś nic dobrego się nie wydarzy, W moim przekonaniu utwierdza mnie spojrzenie kobiety, z którą będzie mi dane rozmawiać, jest suche i beznamiętne. Myślę, że ma dosyć ludzi i słuchania ich historii, że dawno zatraciła gdzieś empatię, która tak ważna jest w pracy lekarza. Jestem w środku, zaczyna się wałowanie. Miliony pytań, kobieta mówi niewyraźnie i na wdechu, więc w co trzecim pytaniu proszę o powtórkę. Od tego co powiem, jak powiem i jak ona to zinterpretuje zależy w tym momencie wiele. Rozmawiamy o błahostkach, czy mój partner pracuje, czy prowadzę samochód, ile lat ma mój syn, czy wysypiam się w nocy, czy mam apetyt, kiedy była operacja. Skrupulatnie zapisuje wszystko na kredowej kartce, która wygląda jakby leżała w tym biurze od trzydziestu lat. Guza, który urósł w moim ciele nazywa "das ding", co wydaje mi się dosyć mało wyszukaną nazwą, ale niech jej będzie, nie będziemy używać medycznych nazw to i może nie zrobi się nieprzyjemnie. Przegląda moje papiery, pyta o stadium, szuka wyników histopatologii, widzi rozmiar dynksa i nagle zamiera, pyta mnie raz jeszcze o datę urodzenia, a potem prosi o pokazanie blizny, nagle mięknie i pyta co chciałabym robić, jakie mam plany i w czym ona może mi pomóc. Opowiadam po raz czwarty, że nie chodzi mi o nic specjalnego, że chciałabym się uczyć, ale nie stać mnie na opłacenie samemu szkoły. To jedyna sensowna droga, którą widzę w tym momencie, bo wiem już, że poprzednio wykonywane obowiązki były dla mnie za trudne. Czas powiedzieć sobie to wprost, nie masz tyle sił Karolina, nie jesteś sobą, przestałaś 3 lata temu i musisz się przyzwyczaić do nowej formy siebie, nowej kondycji, niezwykłego samopoczucia. W końcu pada zdanie o tym, że mi pomoże tak jak jest to możliwe w jej zakresie, nic poza tym, reszta należy już do nierozsądnej osoby, która mnie tutaj przysłała. Każe mi obiecać, że nie będę się przemęczać i będę unikać stresu, obiecuję i wspominam, że trochę się śpieszę, bo mam wizytę w szpitalu, jakąś ósmą z rzędu, bo przygotowuję się do operacji. Na pewno tego chcesz? Niektóre kobiety nie robią rekonstrukcji, tylko usuwają wszystko co im zagraża. Tak, chcę, chociaż przez chwilę znowu być sobą i myśleć, że już zawsze będę zdrowa.
sobota, 15 kwietnia 2017
58 (Wielkanoc)
Wiosna, ale dalej kostnieją mi ręce i mam ochotę chodzić w rękawiczkach. Spędzam właśnie pierwsze od chyba czterech lat Święta Wielkanocne w Polsce. Rok temu byliśmy w naszym berlińskim domu, dwa lata temu spacerowaliśmy po Pradze, a trzy lata temu nie za bardzo pamiętam. Z racji faktu, że z religią mam mało wspólnego jest to dla mnie przede wszystkim czas, kiedy ma się wolne i można posiedzieć z rodziną. Przypomniało mi się właśnie, jak kiedyś ktoś mi powiedział, że osoby niewierzące nie mają prawa świętować, zastanawiałam się wtedy, skąd u wierzących biorą się zapędy do odbierania komuś do czegoś prawa, o wyrażaniu zbędnych opinii nie wspominając. Swoją drogą uważam to za bardzo zabawne.
Do rodzinnego Zabrza przyjechałam dwa dni temu. Już udało mi się spotkać z grupą znajomych, przede mną jeszcze czas w gronie rodzinnym. Młody cieszy się czasem spędzonym z dziadkami. Jako dziecko migrantów, nie ma tego czasu za dużo w ciągu roku, więc szybko załapał, że trzeba w tej sytuacji żyć chwilą i babcię z dziadkiem wycisnąć jak cytrynę. Ja muszę swój czas spędzony tutaj podzielić na przyjemności i pracę, bowiem w nadchodzącym tygodniu mam rozmowę kwalifikacyjną i obiecałam sobie, że się do niej rzetelnie przygotuję. Robię zatem notatki i oswajam się z myślą, że jestem najlepszym kandydatem z możliwych. Potrzebuję pozytywnej energii żeby nakręcić się na sukces i mam nadzieję, że tak nastroją mnie te święta, z okazji których chciałabym Wam życzyć wspaniałych chwil z bliskimi, dobrego jajeczka i dużo radości.
środa, 18 stycznia 2017
57 (styczeń)
Nowy rok nadszedł jeszcze szybciej niż poprzednie. Na blogu zabrakło Mamazonkowego podsumowania, a to za sprawą tego, że 2016 jak to stwierdził mój partner był jakiś nudny. Racja, było nudno, chociaż i bogato w nieszczęśliwe zdarzenia, bo zarówno mój tato jak i mój brat spędzili trochę czasu w szpitalach. Mam nadzieję, że ten rok okaże się dla nich spokojny, a dla nas ponownie nudny. Nuda mi odpowiada, doszłam dziś do takiego wniosku podczas badania MRT głowy. Od jakiegoś czasu miewam uporczywe bóle i co za tym idzie postanowiłam poznać ich przyczynę. Nie muszę chyba Wam opowiadać ile stresu kosztuje mnie każde zaglądanie wewnątrz mojego ciała. Niby nic, a jednak dzień wcześniej nie potrafię zasnąć, rano żołądek jakoś dziwnie ściśnięty nie chce przyjąć śniadania, jestem też zazwyczaj mocno rozkojarzona. Tak było i dzisiaj. Ponownie poczułam się jak wariatka, która zadaje trzy razy to samo pytanie, nie potrafi się skupić na odpowiedzi, trzęsą jej się ręce etc. MRT to, to badanie, które jest bardzo głośne i w czasie, którego czasami podaje się kontrast. Z racji faktu, że bywam w szpitalach częściej niż przeciętny człowiek przyzwyczajona jestem do różnego rodzaju nakłuwania żył etc. Jednakże dzisiaj odniosłam wrażenie, że człowiek, który ma mi ten kontrast podać robi to po raz pierwszy. Dosłownie dłubał igłą w moim nadgarstku, aż udało mu się doprowadzić mnie do łez. Dodajcie do tego stres, który poczułam po usłyszeniu słów "musimy zrobić kontrast, bo taka jest procedura u pacjentów, którzy mieli nowotwór, bo bez kontrastu nie można zobaczyć przerzutów do mózgu" i macie gotową Karolinę w rozsypce. To, że na chwilę zwariowałam musiało być widoczne, bo jedna z sióstr przyszła trzymać mnie za rękę,a druga dopingowała mnie słowami o tym jak super sobie radzę w czasie badania, coś w stylu "świetnie pani leży, leży pani jak nikt inny". Trochę mi to pomogło, niemieckie siostry w szpitalach czy przychodniach często chętnie zostają twoją towarzyszką niedoli. No, ale już po wszystkim, nastała ponownie kochana nuda i spokój. Mam nadzieję, że nic tam nie znaleźli, a łeb mnie boli bo mam migrenę albo jakąś inną trudną do zdefiniowania przypadłość, z którą będę żyła dalej, długo i nudno.
P.S. W zeszły weekend bawiliśmy się świetnie w Trójmieście, na weselu Eli i Piotra, których z tego miejsca pragnę serdecznie pozdrowić. Relacja z Trójmiasta wkrótce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



