Tak wiem, słaba ze mnie blogerka, skoro przy większej ilości obowiązków nie jestem w stanie tutaj zaglądać. No dobra, może i jestem, ale żal mi czasu, który od ponad dwóch tygodni dzieli się u mnie na biegi. A to biegnę sobie do przedszkola, a to do tramwaju, żeby zaraz pobiec do metra i wybiec z niego do studia, gdzie mogę usiąść, ale tam dla odmiany biegnie czas, dwa razy szybciej niż zwykle. Jestem na praktykach, które szczerze robię tylko i wyłącznie po to, żeby w moim CV pojawił się jakiś zawodowy ślad pobytu w Niemczech. Żałuję, że te praktyki nie przerodzą się w pracę (tak zazwyczaj tutaj bywa) jednakże to nie ta branża, nie te pieniądze etc, by mieć na to nadzieję. Dalej muszę sobie radzić sama. Szukam więc dalej, przekopuję internet i moją głowę, bo w niej kłębi się od wątpliwości. Czy iść robić cokolwiek, czy może zacisnąć zęby i brnąć w to co się zaczęło? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, nie zmienia to jednak faktu, że zasobność mojego portfela wskazuje na pierwszą z możliwości. Na tym etapie mojego jakże malowniczego życia potrzebuję jakiegokolwiek zajęcia byleby nie siedzieć na dupie w domu, bo jak się siedzi to się myśli o przeróżnych rzeczach, a mnie takie myślenie nie prowadzi w żadne dobre miejsce. Rodzice pewnie będą zwiedzeni, że nie staram się zrobić oszałamiającej kariery po tym jak łożyli na moją super-drogą edukację, ale muszę jeszcze chwilkę zaczekać, najpierw muszę stanąć na nogi, żeby dalej móc myśleć o spełnianiu marzeń, a wierzcie mi, że kilka mam. Tyle mam na głowie, że zapominam o najważniejszym, czyli zdrowiu. Powinnam w tym miesiącu mieć kontrolę, której nie zrobiłam, bo nie mogę dodzwonić się do lekarza, który chciał podpiąć mnie pod jakiś specjalny program dla młodych bez cycków. Może uda mi się tym zająć w lutym, jak sobie przypomnę. Muszę też wrócić do tematu rekonstrukcji II, ale obiecałam sobie, że tym się zajmę, kiedy inne rzeczy się poukładają. Dziwnie zaczyna się ten rok, ale może wszystko wkrótce znajdzie swoje miejsce. Tego bym bardzo chciała i sobie życzę.
Idę spać, biegnę więc do łóżka.
P.S. dla ciekawskich i chcących wiedzieć co robię na praktykach takie oto zdjęcie, które oddaje także moje samopoczucie:
poniedziałek, 26 stycznia 2015
środa, 31 grudnia 2014
34 (podsumowanie mamazonkowego 2014)
Najlepiej pamięta się złe rzeczy. Prawda? Mogłabym powiedzieć, że 2014 był do bani. Długa wizyta w szpitalu, nieudana operacja, ból fizyczny i psychiczny, najpierw długie przygotowania, a potem długie dochodzenie do siebie "po". Mogłabym skupić się na tych negatywach, ale nie chcę tego robić, nic mi to nie da. Wczoraj musiałam opróżnić kartę z mojego aparatu, bo zwyczajnie skończyło się na niej miejsce. Z przyjemnością i ku wielkiemu zaskoczeniu odkryłam, że ten rok był super. Dużo się działo, przede wszystkim 2014 owocował, w spotkania. Jeszcze na przełomie zimy i wiosny pokazałam Marcinowi moją ukochaną Wisłę, w której spędzałam w dzieciństwie praktycznie każde ferie zimowe. Była to miła odmiana od zgiełku Berlina, przede wszystkim ze względu na świeże powietrze.
Niedługo po naszych polskich wędrówkach odwiedziła nas rodzina. Moja siostra z mężem i dziećmi. Z racji faktu, że było bardzo ciepło i chcieliśmy sprawić dzieciakom przyjemność odwiedziliśmy berlińskie zoo. Pamiętam, że atrakcją dla dzieci nie okazały się zwierzęta, ale fontanny, szczególnie Młodego trudno było od nich oderwać.
Zaraz potem spędziliśmy kilka dni z znajomymi, którzy przybyli do nas z Warszawy. Fajnie było wspólnie poszwendać się po mieście, posiedzieć razem w parku Monbijou, udało nam się, też zrobić pierwszego w sezonie grilla. Jakiś czas później, bo w czerwcu zrobiliśmy rewizytę i to nam w końcu udało się odwiedzić stolicę. Nastawieni byliśmy na zwiedzanie i konsumpcję w... barach mlecznych. Niestety, ale Niemcy nie mają pojęcia co to leniwe. Nie obyło się także, bez spotkania na szczycie z wszystkimi, którzy po studiach w Łodzi przenieśli się do Warszawy. Brakowało nam kilku osób, ale mieliśmy okazję powspominać także tych brakujących. Myślę, że koniecznie w nadchodzącym 2015 musimy takie spotkanie powtórzyć.
W międzyczasie w naszym mieście odbywał się festiwal designu na którym(DMY Berlin) swoje wspaniałe stoliki prezentowała niezastąpiona Danusia, a co za tym idzie była okazja wypić razem nie jedno wino z Matką Boską i pogadać. Dzięki Danusi mogłam zobaczyć co prezentowali inni projektanci. A to wszystko w wyjątkowym dla Berlina miejscu czyli na lotnisku Tempelhof.
Miło wspominam także wizytę Eweliny, z którą z kolei miałam okazję zobaczyć kilka galerii, a co więcej Młody, też liznął trochę sztuki i dokładnie tak:
Jednakże szybko się zmęczył i dalej sztukę oglądał tak:
Podobno zabieranie dzieci na wystawy to snobizm, ja myślę, że to świetny moment na drzemkę, bo wiem nic tak nie nudzi jak rodzic przyglądający się jakimś bazgrołom.
Wakacje spędziliśmy u moich rodziców na Śląsku. Był to czas kiedy Piotruś korzystał z atrakcji dziadkowego ogródka, a ja nakręcałam się psychicznie na fakt, że w sierpniu idę do szpitala. Co było dalej wiecie. Nie posiadam, w tym temacie dokumentacji fotograficznej, może szkoda bo byłaby ciekawa. Jesień minęła nam pod znakiem powrotu do rzeczywistości, a także małych podróży. Udało nam się wybrać razem do Poczdamu, w październiku po raz kolejny odwiedziłam rodziców. Praktycznie przez cały rok uczyłam się niemieckiego, to także wspominam jako dobry czas. Może w temacie tego co dziś wieczorem pokażę wam zdjęcie z moją lektorką Sibylle, autorstwa często wpadającej do nas w tym roku Agnieszki:
Abstrahując od małych niepowodzeń 2014 był dla mnie bardzo hojny. Moje dziecko nauczyło się chodzić, teraz stawia pierwsze kroki w mowie, która jest ciekawą mieszanką dwóch języków. Po ponad roku nauki niemieckiego podeszłam do egzaminu (niestety nadal nie znam jego wyniku, ale liczę na to, że jest pozytywny), teraz wraz z nadchodzącym nowym rokiem przyszedł czas na szukanie stażu/pracy. Zarówno mnie jak i pewnie was czeka wiele wyzwań, nowych zadań, a także przyjemnych spotkań w gronie najbliższych: rodziny i przyjaciół. Z całego serca życzę Wam, żeby 2015 obfitował w pozytywne zdarzenia i sprawił, że za rok będziecie pełni dobrych wspomnień. Bawcie się dzisiaj szampańsko!
czwartek, 18 grudnia 2014
33 (zdrowy przedświąteczny pół-chomiczek)
Trudno będzie wam w to uwierzyć, ale moje zatoki zwyciężyły z zapaleniem, stopa też działa całkiem sprawnie, chociaż lekarz kazał mi się tak nie cieszyć, bo stan będzie powracał. Żeby nie było za wesoło w tym tygodniu wyrwano mi ząb i co za tym idzie od dwóch dni wyglądam z jednej strony jak chomik. Marcin codziennie z uśmiechem na ustach pyta mnie do jakiego lekarza wybieram się jeszcze w tym tygodniu. Odpowiedź brzmi: do żadnego. Do końca tygodnia planuję same miłe rzeczy, przygotowania do świąt, sprzątanie, które o dziwo nastraja mnie pozytywnie, zakupy, a także spotkanie z przemiłą Aleksandrą z the moon mom (jeśli nie znacie tego bloga to zajrzyjcie koniecznie,dobrze się czyta inteligentne teksty i ogląda piękne zdjęcia. Będę też piekła, jeszcze nie wiem co, może sernik, może pierniczki, chociaż tych drugich jeszcze nigdy nie robiłam.
W zeszłym tygodniu mieliśmy spotkanie świąteczne w przedszkolu Młodego. Gdybym miała ująć jednym słowem jak było to powiedziałabym, że było głośno. Dzieciaki szalały na przygotowanej specjalnie na te okazję sali gimnastycznej. Śpiewaliśmy świąteczne piosenki, które niestety zostały ze mną jeszcze na dwa dni i w chwili spokoju miałam we łbie "Kling, Glöckchen, klingelingeling...", dla dociekliwych albo chcących zachłysnąć się trochę niemiecką atmosferą przedświąteczną polecam:
W zeszłym tygodniu mieliśmy spotkanie świąteczne w przedszkolu Młodego. Gdybym miała ująć jednym słowem jak było to powiedziałabym, że było głośno. Dzieciaki szalały na przygotowanej specjalnie na te okazję sali gimnastycznej. Śpiewaliśmy świąteczne piosenki, które niestety zostały ze mną jeszcze na dwa dni i w chwili spokoju miałam we łbie "Kling, Glöckchen, klingelingeling...", dla dociekliwych albo chcących zachłysnąć się trochę niemiecką atmosferą przedświąteczną polecam:
Różnica z poprzednim rokiem była przeogromna, roczniaki skupiały się wokół stołu pakując do buzi co im wpadło w rękę. W tym roku gte same już dwulatki biegały wysmarowane czekoladą wybuchając na zmianę płaczem, bo ktoś komuś coś zabrał etc. Musze się pochwalić, że na okazję świątecznego spotkania upiekłam sernik w gwiazdki (foremki, które używa Piotrek do wycinania kształtów z ciastoliny okazały się niezastąpione). Proszę podziwiać:
W weekend udało nam się kupić choinkę. W tym roku Wigilię spędzamy "u siebie", tzn, nie jedziemy ani do jednych, ani do drugich dziadków. Dziadki będą nam to pewnie wypominały przez cały rok, ale w te święta zamierzamy odpocząć, bez kilku godzin za kierownicą. Mam nadzieję, że uda mi się odtworzyć wigilijną kolację do jakiej przywykłam w domu rodziców. Będą więc uszka i barszcz, ryba, kapusta z grochem. Nie wiem co na to mój konkubent, gdyż w Zachodniopomorskim jada się coś zupełnie innego. Swoją drogą na początku nowego roku czeka nas "polska kolacja". Razem ze znajomymi spotykamy się w międzynarodowym gronie i przygotowujemy przysmaki z których słynie państwo gospodarza. Była już kolacja afgańska, włoska, hiszpańska i afrykańska, teraz przyszedł czas na nas i szczere mówiąc nie wiem co przygotuję. Myślę nad krokietami z barszczem i pierogami albo bigosem. A wy co uważacie za naszą narodową potrawę, którą warto się pochwalić? Czekam na Wasze sugestie. A tymczasem kończę, bo przed świętami czasu jak w czasie sesji na studiach. Na koniec Młody z choinką:
P.S. to pisałam ja, wasz przedświąteczny pół-chomiczek.
wtorek, 9 grudnia 2014
32 (choróbsko c.d czyli zupełnie nieprzedświątecznie)
Widzę, że na blogach mnożą się zdjęcia pierników, pomysłów na własnoręcznie zdobione kartki świąteczne, dekorowanie domu i opisy przedświątecznej atmosfery. U nas rzecz sprowadza się do tego, że co jakiś czas pada pytanie bez odpowiedzi: kiedy jedziemy po choinkę? Na tym koniec. Nikt nie ma czasu, Marcin spędza praktycznie cały dzień w pracy, a ja rano jestem na kursie, a później zajmuję się Młodym, który stał się ostatnimi czasy niezwykle dociekliwą osobą, a co za tym idzie milion razy dziennie odpowiadam na pytanie "a co to?". Ponieważ nadal jestem chora (wiem, trudno w to uwierzyć) spacery o tej porze roku odpadają, wystawiam mój obolały nos tylko jeśli zachodzi potrzeba. Mój stan zdrowia sięgnął absurdu, tzn. tydzień temu niespodziewanie zaczęła mnie boleć stopa i w ramach takiego przerywnika od zapalenia zatok dostałam zapalenia śródstopia i pięty. Totalna bzdura i totalna masakra, bo nagle się okazało, że mogę poruszać się tylko o jednej nodze drugą komicznie się podpierając. W takim oto stanie przyszło mi 3 dni z rzędu kursować rano do przedszkola, a potem do przychodni gdzie lekarze rozkładali ręce, bo trudno im było wyjaśnić dlaczego skoro nie zaszedł uraz mam coś takiego. Zagadka nie rozwiązana, ale przynajmniej już tak nie boli i mogę w miarę szybko się poruszać. Co będzie następne? Jakieś pomysły? Może zdrowie? Na razie na to nie liczę, bo wczoraj zatoki przypomniały o sobie ze zdwojoną siłą. Dobrze, że w tym tygodniu kończę kurs i będę mogła w przyszłym jak prawdziwa emerytka spędzić tydzień u lekarza. Może jak dojdę nareszcie do siebie to też popełnię pierniki, a może i nawet sesję tych pierników na bloga. Może nawet kupimy te choinkę. Trzymajcie kciuki.
Obiecałam wam zdjęcia z Laterneumzug, a zatem:
Obiecałam wam zdjęcia z Laterneumzug, a zatem:
piątek, 28 listopada 2014
31 (choróbsko)
Taki cytat z mistrza dziś mi się przypomniał z rana. Od dwóch tygodni jestem chora i poranne wstawanie "do świata" nie napawa mnie optymizmem. Wczoraj Marcin stwierdził, że muszę serio źle się czuć skoro poprosiłam o postawienie baniek na plecach i robię inhalacje. Co więcej piję wywar z imbiru, robię okłady i spożywam garściami leki. Nie wiem jak długo muszę czekać na efekt, ale wierzę, że w końcu wyjdę z tego stanu osłabienia, a co za tym idzie przestanie mnie boleć buzia (mam zapalenie zatok). Wczoraj spędziłam pół dni w łóżku. Zaległam w nim po odprowadzeniu Młodego do przedszkola. Było mi smutno, że nie mam siły iść na lekcje niemieckiego, ale z drugiej strony rozsądek podpowiadał mi, że ciągle gdzieś łażąc nigdy się nie wykuruję. Szkoda, że dziś ten sam rozsądek nie podpowiedział mi, że jeśli zostawię wózek przed budynkiem przedszkola i przypomnę sobie o tym dopiero w domu, będę musiała się do tego przedszkola wrócić i zawieźć wózek tam gdzie trzeba. Jest bardzo zimno, dlatego nim poszłam się poprawić odziałam się uwaga w leginsy ciążowe (nie nie jestem aż tak gruba), które można naciągnąć aż po pachy, bardzo przydatna sprawa na taką pogodę, pewnie nie raz tej zimy skorzystam z tego jakże praktycznego odkrycia. Kiedy już opuściłam domowe pielesze postanowiłam udać się do sklepu z zabawkami, żeby kupić prezent dla kolegi Piotrka, z okazji jego drugich urodzin. Na miejscu odetchnęłam z myślą, że nie wpadłam na pomysł, żeby w to miejsce zabrać moją latorośl. Skończyłoby się bez wątpienia jakąś jatką przy wyjściu. Ku memu zdziwieniu niemiecki (jak myślałam dotąd) Spiele Max to nic innego jak polski Smyk, (właśnie czytam na stronie, że polska firma przejęła niemiecką sieć w 2008 roku). Cieszy mnie to moje "odkrycie", bo rzeczy z linii Cool Club są bardzo dobrej jakości i po milionowym praniu nadal wyglądają jak nowe, a teraz nie będę musiała robić wycieczek do Polski, tylko jak się okazało mogę kupić te ubranka na miejscu (ceny są te same).
Chyba nie mam już nic więcej dziś do powiedzenia, więc zawijam się z powrotem w koc i gorąco was pozdrawiam.
poniedziałek, 24 listopada 2014
30 (pozdrowienia od mrocznej Mamazonki)
Jesień nie rozpieszcza. Kiedy skłaniam się ku noszeniu czapki oznacza to, że jest zimno, nawet bardzo. Nie pamiętam kiedy byliśmy na spacerze w parku, wychodzimy tylko jeśli jest to niezbędne.
Mogłabym napisać, że wiele się dzieje, ale tak na prawdę dzieje się zupełnie niewiele poza tym, że nadal narzekam na chore zatoki, laryngolog zasugerował, że to przez zęby więc od jutra zaczynam maraton dentystyczny. Pamiętam jak pierwszy raz udałam się tutaj na "przegląd" i dentystka pokręciła tylko głową na widok tej super fuszerki wykonanej oczywiście płatnie w Polsce (wyślę dentystce z Łodzi pocztówkę na święta, bo na pewno już nigdy jej nie odwiedzę jako pacjentka). Zeszły weekend spędziłam sama i miałam całą listę rzeczy do zrobienia, tych związanych z obowiązkami domowymi, ale także z szukaniem pracy etc. Co zrobiłam? Nic, bo całą sobotę przeleżałam w łóżku z paskudnym bólem głowy oglądając Gotham. W niedzielę natomiast było mnie jedynie stać na poprasowanie tony prania, która zebrała się u nas przez ostatnie dwa tygodnie. Niczym was nie zaskoczę, nudy na maksa. Wieczorem udało mi się spotkać z dwiema koleżankami, wybrałyśmy się razem na spotkanie z Księdzem Janem Kaczkowskim (tak wiem, wiem Karolina w kościele jest tak samo zaskakująca jak Karolina uprawiająca jogging). Spotkanie opóźniło się o prawie godzinę, a ja nie mogłam się skupić bo myślałam już o tym, że w domu czeka na mnie moje pachnące i kochane dziecię i jeśli nie wrócę w porę to zaśnie i się nie zobaczymy. Ksiądz promował swoją książkę, którą na pewno warto przeczytać, ale swój wykład rozpoczął od tyrady o odkupieniu przed śmiercią, łasce uświęcającej i wszystkich strasznościach jakie czekają ateistów po śmierci. Czułam się trochę jak na wykładzie z filozofii ale z nutką dreszczyku, zupełnie nie mój klimat, bo tak jak różnorakie doktryny filozoficzne można racjonalnie wytłumaczyć, tak rozważania teologiczne mają i miały dla mnie zawsze zbyt dużo pytań bez odpowiedzi albo odpowiedzi sugerujących, że pytająca osoba nie jest w stanie pojąć istoty rzeczy, bo nie jest tak blisko Boga jak odpowiadający. Nie wiem co było dalej, ale wyszłyśmy w momencie kiedy padła informacja, że nosimy w sobie mrok. I co? I zdążyłam utulić mojego żywo gestykulującego szkraba, który też walnął mi wykład, niestety nic nie zrozumiałam, bo posługiwał się tylko sobie znanym językiem. Wiemy jedynie, że chciał robić sok, bo pokazywał na sokowirówkę i bardzo się zmartwił na wieść, że nie mamy żadnych owoców. Pozdrawiam was serdecznie! Do usłyszenia!
Aha i pamiętajcie:
Mogłabym napisać, że wiele się dzieje, ale tak na prawdę dzieje się zupełnie niewiele poza tym, że nadal narzekam na chore zatoki, laryngolog zasugerował, że to przez zęby więc od jutra zaczynam maraton dentystyczny. Pamiętam jak pierwszy raz udałam się tutaj na "przegląd" i dentystka pokręciła tylko głową na widok tej super fuszerki wykonanej oczywiście płatnie w Polsce (wyślę dentystce z Łodzi pocztówkę na święta, bo na pewno już nigdy jej nie odwiedzę jako pacjentka). Zeszły weekend spędziłam sama i miałam całą listę rzeczy do zrobienia, tych związanych z obowiązkami domowymi, ale także z szukaniem pracy etc. Co zrobiłam? Nic, bo całą sobotę przeleżałam w łóżku z paskudnym bólem głowy oglądając Gotham. W niedzielę natomiast było mnie jedynie stać na poprasowanie tony prania, która zebrała się u nas przez ostatnie dwa tygodnie. Niczym was nie zaskoczę, nudy na maksa. Wieczorem udało mi się spotkać z dwiema koleżankami, wybrałyśmy się razem na spotkanie z Księdzem Janem Kaczkowskim (tak wiem, wiem Karolina w kościele jest tak samo zaskakująca jak Karolina uprawiająca jogging). Spotkanie opóźniło się o prawie godzinę, a ja nie mogłam się skupić bo myślałam już o tym, że w domu czeka na mnie moje pachnące i kochane dziecię i jeśli nie wrócę w porę to zaśnie i się nie zobaczymy. Ksiądz promował swoją książkę, którą na pewno warto przeczytać, ale swój wykład rozpoczął od tyrady o odkupieniu przed śmiercią, łasce uświęcającej i wszystkich strasznościach jakie czekają ateistów po śmierci. Czułam się trochę jak na wykładzie z filozofii ale z nutką dreszczyku, zupełnie nie mój klimat, bo tak jak różnorakie doktryny filozoficzne można racjonalnie wytłumaczyć, tak rozważania teologiczne mają i miały dla mnie zawsze zbyt dużo pytań bez odpowiedzi albo odpowiedzi sugerujących, że pytająca osoba nie jest w stanie pojąć istoty rzeczy, bo nie jest tak blisko Boga jak odpowiadający. Nie wiem co było dalej, ale wyszłyśmy w momencie kiedy padła informacja, że nosimy w sobie mrok. I co? I zdążyłam utulić mojego żywo gestykulującego szkraba, który też walnął mi wykład, niestety nic nie zrozumiałam, bo posługiwał się tylko sobie znanym językiem. Wiemy jedynie, że chciał robić sok, bo pokazywał na sokowirówkę i bardzo się zmartwił na wieść, że nie mamy żadnych owoców. Pozdrawiam was serdecznie! Do usłyszenia!
Aha i pamiętajcie:
wtorek, 11 listopada 2014
29
Cały zeszły tydzień próbowałam nauczyć się jeszcze trochę więcej niemieckiego niż zdążyłam nauczyć się przez zeszły rok. Egzamin miałam w sobotę, był stresik, był nawet stres, ale bardziej w związku z tym, że nie dojadę, ponieważ akurat od czwartku z weekendem włącznie strajkowali kolejarze, a co za tym idzie nie jeździły s-bahny, egzamin był w zupełnie innej części miasta więc żeby na niego dojechać musiałam już przed 7 stać na przystanku. Jak mi poszło? Okaże się kiedy dostanę w przeciągu sześciu tygodniu wynik pocztą. Cieszę się, że zdawało ze mną kilku znajomych. Dzięki temu na części ustnej miałam okazję zdawać z kolegą, zatem było na luzie i sympatycznie. Po egzaminie zeszło ze mnie napięcie, ale miałam jeszcze całe pół dnia zaplanowanych zajęć, m.in. pieczenie tortu na imprezę urodzinową Młodego, która odbyła się w niedzielę. Zdarzyło mi się też pić do 4 rano wino z Agnieszką, w związku z czym w niedzielę praktycznie słaniałam się na nogach, ale dałam radę. Impreza urodzinowa była super, miła atmosfera i ogromna różnica w tym jak dzieciaki potrafią się już bawić w tym wieku. Chciałabym z tego miejsca jeszcze raz podziękować wszystkim przybyłym gościom, mam nadzieję, że za rok spotkamy się w takim samym składzie. Poza tym, że od wczoraj czuję się na maksa chora, od bólu zatok pęka mi głowa, a ogólne osłabienie daje mocno się we znaki dziś mieliśmy w przedszkolu Laterneumzug, czyli wspólne wyjście o zmroku z lampionami i śpiewanie piosenek, które tutaj zawsze odbywa się na Św. Marcina. Było bardzo przyjemnie, Piotruś zgubił po drodze swój lampion i dobrze, że to w porę spostrzegłam, zatem było też zabawnie. Jak tylko zdobędę zdjęcia to się z wami podzielę. Idę chorować. Bez odbioru.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











.jpg)






