Wczoraj przyjechaliśmy na Śląsk, bardzo się z tego powodu cieszę, bo ostatnim razem byłam u rodziców w grudniu. Młody całą drogę jadł, trochę się bałam, że z tego jedzenia i jechania powstanie paw, ale nic takiego nie miało miejsca. Mam nadzieję, że przez ten weekend trochę odpoczniemy, nabierzemy dystansu do codziennych spraw. Dobrze jest na chwilę zmienić otoczenie i zatęsknić tym razem za własnym domem. Dom to nie miejsce lecz stan zaśpiewała kiedyś Katarzyna Nosowska, zgadzam się z tym absolutnie. Przez długi czas po przeprowadzce na nowe miejsce, po ponad sześciu latach spędzonych w Łodzi, którą traktowałam jak dom, nie mogłam poczuć tzw. chemii z nowym miejscem. Chemia pojawiła się wraz z dzieckiem, dopiero z młodym przy piersi zasiadłam jak kwoka na grzędzie i poczułam, że ta grzęda jest moja, najlepsza, najbezpieczniejsza i nie ma ona związku z miejscem, ale z moim poczuciem, że wszystko jest jak trzeba i będzie dobrze.
Zmieniając temat z domu na cycki mogę się pochwalić, że ustaliłam wstępny termin operacji, która ma odbyć się w sierpniu. Zabawnym, ale także trochę martwiącym jest fakt, że mój brzuch okazał się ciut za mały do autoprzeszczepu i co za tym idzie muszę trochę nabrać sadła. Nie wiem jak to zrobić, żeby przybrać akurat w brzuchu a nie tyłku czy innych częściach ciała, ale myślę, że piwo rozwiąże ten problem. Poza tym bardzo się boję tej operacji, lekarka żeby mnie przekonać do siedmiogodzinnej narkozy opowiedziała mi o pacjentce po siedemdziesiątce, która przeszła ten zabieg bez komplikacji i teraz grywa w golfa. Ja nie grywam, chciałabym żeby wszystko przebiegło zgodnie z planem i żebym po miesiącu mogła wrócić do normalnego życia i żeby to była ostatnia w tym życiu operacja. Wierzę, że tak będzie, wierzę też w talent lekarzy, którzy będą przy mnie majstrować. Widziałam zdjęcia ich wcześniejszych cyckodzieł i były całkiem fajne. Tyle w temacie cycków. Wracając do domu to chciałam Wam życzyć drodzy czytelnicy miłych Świąt Wielkanocnych, spędzonych z rodziną w domu, jakakolwiek jest jego wasza definicja.
czwartek, 17 kwietnia 2014
piątek, 28 marca 2014
9
Jest piątek wieczór, a ja jak praktycznie codziennie o tej porze padam na twarz, ale dzisiaj czuję przyjemne zmęczenie. Cały dzień spędziłam na warsztatach-szkoleniu traktującym o korzystaniu z programów, a co za tym idzie także środków jakie daje Unia Europejska. Poznałam dużo bardzo interesujących osób, głównie kobiet, które reprezentują tutejszą Polonię, są wykształcone, doświadczone zawodowo i mają ogrom energii by zrobić coś dla innych. Tajemnicą nie jest, że przez ostatnie trzy miesiące próbowała pracować, piszę "próbowałam" bo regularną pracą tego nazwać nie można. W ubiegłym tygodniu uświadomiłam sobie, że to jeszcze nie jest odpowiedni moment, teraz się uczę, to pochłania ogrom czasu, chcę się przykładać, nie traktować tej możliwości "po łebkach", do tego dochodzi Piotruś, któremu chcę poświęcić możliwie jak najwięcej swojej uwagi, jeśli dołożę do tego jeszcze pracę to tak na prawdę bardzo mało czasu pozostaje mi na odpoczynek, który nie ukrywajmy ostatnimi czasy jest mi bardzo potrzebny. Przez te całą historię z raczyskiem czuję jakby, ktoś mi odjął energii, jakby wyłączył możliwość działania na 100%, może moje ciało daje mi sygnał, żebym jednak teraz najbardziej zadbała o siebie, a na karierę etc. przyjdzie czas kiedy trochę ochłonę. Dzisiejsze spotkanie otworzyło mi oczy na różne sprawy, którymi być może chciałabym zająć się w przyszłości, nie wiem jeszcze jak ułoży się tutaj moje szukanie pracy etc, czy uda mi się gdzieś zaczepić, czy raczej będę skazana na samozatrudnienie, co w Niemczech nie jest, aż taką udręką jak w Polsce. Jestem jednak optymistycznie nastawiona i z uniesioną głową pełną pomysłów patrzę w przyszłość, ale teraz jeszcze muszę mieć czas na wzięcie głębokiego oddechu. Tak podpowiada mi ciało i umysł.
środa, 12 marca 2014
8
Nadeszła wiosna pełną gębą, bardzo
mnie to cieszy. Młody spędza praktycznie połowę swojego czasu w
przedszkolu na powietrzu, myślę, że to miła odmiana po
praktycznie całej zimie spędzonej w pomieszczeniu. Tydzień temu
miałam urodziny, spędzałam je na placu zabaw, śmiałam się, że
po 28 latach znów wróciłam do piaskownicy, można powiedzieć, że
życie zatoczyło kolejne wielkie koło. Zawsze z okazji urodzin
nachodzą mnie podsumowania, w tym roku bilnas jest całkiem niezły,
zdążyłam przed trzydziestką urodzić dziecko i mieć raka,
skończyłam też studia, przeprowadziłam się do innego kraju,
dobrze, że to nie wydarzyło się wszystko w jednym roku, mogłabym
nie wytrzymać tej wielości i barwności zdarzeń. Jestem trochę
zmęczona, codziennie wstaję wcześnie rano i w pośpiechu ogarniam
wszystko, żeby zdążyć na kurs. Cieszę się, że Marcin jest
teraz w domu i może rano odprowadzić Młodego, bo wcześniej ja
uprawiałam bieg na czas z wózkiem wyprzedzając po drodze
rozmarzone mamy, które pewnie w czasie gdy ich pociecha się
socjalizuje rozmyślają o tym, w którym dziś biomarkecie kupić
ekopółprodukty na obiad, albo lepiej w tym czasie czymś się
oburzają, oburzenie to nieodzowny element życia każdego Niemca.
Pełen tramwaj? Oburzenie. Kolejka w sklepie i tylko jedna kasa
otwarta? Oburzenie. Ktoś przechodzi na czerwonym świetle, chociaż
nic nie nadjeżdża? Oburzenie! Kiedyś jedna pewna starsza pani
dosłownie goniła mnie przez dwie przecznice, żeby mi powiedzieć
jaka jestem nieodpowiedzialna, że przebiegłam na czerwonym. Tutaj
proszę pani obowiązują zasady i niewiarygodne jest to, że ktoś
tego nie rozumie, a co więcej ich nie respektuje. Mnie oburza, że
tak leci czas, a ja nie mogę się zorganizować. Kończę i idę
kłaść naszego małego szefa.
poniedziałek, 17 lutego 2014
7
Oko mi się przymyka już delikatnie,
ale jeszcze coś napiszę, w końcu od trzech dni jestem sama w domu
i mam tak strasznie dużo czasu, że nie wiem, w jaki sposób z
piątku zrobił się poniedziałek, a w sumie to noc z poniedziałku
na wtorek. Padam na pysk, a tutaj jeszcze tyle dni i wrażeń.
Chętnie przyjrzałabym się czasem z boku zamiast aktywnie
uczestniczyć. Zobaczyłam dzisiaj to i mam mieszane uczucia, tzn.
wydaje mi się, że autorka trochę dramatyzuje pisząc o tym
okrutnym świecie gdzie niedoskonałości to zło, którego wszystkie
kobiety unikają jak ognia, a kiedy to zło jest konieczne, to
praktycznie są wykluczone społecznie. Do braku piersi da się
przyzwyczaić jak do szramy po upadku w dzieciństwie, pieprzyka czy
znamienia. To nie ręka albo noga, która bierze udział w naszym
codziennym życiu i nagły jej brak powoduje zachwianie wszystkiego z
równowagą włącznie. Wątpię też, że kobietom tak spieszno do
rekonstrukcji bo naciska ich otoczenie i same czują się z tym źle.
Mi tam niespieszno do siedmiogodzinnej operacji po której będę
miała zamontowany większy drenaż niż wały przeciwpowodziowe. Nie
zmienia to faktu, że się jej podejmę, z czystej potrzeby równowagi
w przyrodzie i względów estetycznych- bielizna przystosowana do
noszenia protezy nadaje się dla oddziałów przeciw szturmowych,
mówić krótko jest koszmarna. Tak czy siak, z cyckiem czy bez
bardziej liczy się fakt, czy się jeszcze tutaj trochę pobędzie
czy raczej nie ma na to szans. Tajemnicą nie jest, że choroba
wyniszcza ciało, wyniszcza też duszę, wydaje mi się, że te drugą
bardziej. Ciało można pociąć, przemodelować, tutaj dodać, tam
odjąć. Dusza to struktura bardziej złożona. Wymaga większej
troski i moim zdaniem to na niej powinny się skupić kobiety
dotknięte chorobą, ale także ich bliscy. Chcę przez to
powiedzieć, że w obliczu nowotworu bardziej od ciała liczą się
nasze odczucia, myśli, to one powinny być w centrum, a nie
pomarszczony brzuch, dziury po węzłach chłonnych czy brak piersi.
wtorek, 4 lutego 2014
6
No i jesteśmy w lutym, już od
czterech dni. Ostatnie dwa tygodnie były bardzo intensywne pod
względem towarzyskim, zwłaszcza weekendy. Odwiedziła mnie
Agnieszka i spędziłyśmy super dwa dni. Nie wiem dlaczego, ale
ostatnim razem kiedy widziałyśmy się w Berlinie też był atak
srogiej zimy, przed którą wtedy uciekałyśmy do muzeów, było nam
obojętne co zobaczymy. Trochę wstyd biorąc pod uwagę, że obydwie
byłyśmy wtedy studentkami ASP. Tym razem może nie szukałyśmy
schronienia przed chłodem, ale nie spieszno nam było do spacerów.
Idealnym rozwiązaniem okazał się przejazd autobusem 200, w którym
zajęłyśmy miejsca na piętrze, na samej górze, a który to
przejeżdża przez wszystkie najważniejsze miejsca w mieście.
Odwiedziłyśmy Berlinische Galerie, gdzie obecnie można zobaczyć
wystawę malarstwa niemieckich i austriackich artystów działających
na przełomie wieku. Gdyby ktoś miał okazję w najbliższym czasie
odwiedzać Berlin to serdecznie polecam.
Piotruś znowu choruje, chociaż może nie powinnam pisać znowu, bo przeczytałam gdzieś, że dzieci w żłobku przechodzą jedną infekcję za drugą, a to dopiero nasza czwarta. Każda wprowadza jednak w domu chaos, ja jestem uziemiona, a Marcin wpada w pielęgniarskie tryby i biega za zasmarkanym młodym a to z chusteczką, a to syropem albo maścią rozgrzewającą. Dziś mimo kryzysu rodzinnego udało mi się wyjść na dwie godziny. Musiałam pojechać do ginekologa bo kończą się moje arcyważne leki, które niestety muszę brać minimum pięć lat. Ponieważ była to moja pierwsza wizyta od operacji lekarz chciał za mną porozmawiać. Zapytał mnie dlaczego tak rozrabiam i kazał obiecać sobie, że już nie będę. Ładna metafora. Chciał też wiedzieć, czy zdaję sobie sprawę z tego ile miałam szczęścia. Otóż zdaję.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
5
Pierwsza dobra wiadomość w tym roku,
nie znaleźli u mnie mutacji genów odpowiadającej za nowotwór,
także mówiąc krótko nie wiadomo skąd się to cholerstwo
przypałętało. Cieszę się ogromnie, bo schodzi ze mnie stres w
związku z potencjalnym rakiem jajnika etc. Oczywiście jakieś
ryzyko zawsze jest, ale nie w takim procencie jak u posiadaczy
mutacji.
Dużo się dzieje w tym miesiącu, mam
przerwę w kursie i wydawało mi się, że ten czas będzie mi się
dłużył, ale jest odwrotnie, zanim się obejrzę będzie 10 lutego i
zaczną się zajęcia. Nie zmienia to jednak faktu, że muszę
powtarzać to czego się nauczyłam, obiecałam sobie, że będę to
robić codziennie, ale jakoś nie potrafię z nadmiaru codziennych
wrażeń tej obietnicy dotrzymać. Chyba najszybciej nauczę się z
kreskówek, oglądamy dla równowagi w obydwu językach. Znam na
pamięć wszystkie odcinki Świnki Peppy, mam nawet na temat tej
bajki pewne przemyślenia i trapi mnie wiele pytań, np. dlaczego
Tato Świnka za każdym razem, gdy gdzieś jadą gubi drogę, albo o
co chodzi z tym przewracaniem się na końcu każdego odcinka.
Chciałabym, żeby tylko takie niepoważne problemy mnie
prześladowały, dzisiejszy dzień przywrócił nadzieję.
wtorek, 14 stycznia 2014
4
Czwarta noc z kolei nieprzespana, dziś
przez sen bełkotliwie proszę Piotrusia, żeby się nade mną
zlitował bo nie dam rady tak dalej. Cały dzień jestem na 100%,
rano pobudka przed siódmą, śniadanie, przebieranie, nie zła
kolejność, przebieranie, śniadanie, potem ubieranie bucików,
kurtki etc., bo się spóźnimy, bo im później wyjdziemy do
przedszkola tym mniej będę miała czasu na cokolwiek. Czas kiedy
jesteśmy w rozłące mija pięć razy szybciej niż ten np. w
weekend kiedy od rana bawimy się razem. Mam dokładnie pięć
godzin, żeby cokolwiek zrobić, próbuję w to zmieścić kąpiel,
pracę, jakieś domowe sprzątania, zmywania, prania, później nie
będzie jak. Ale dziś nie dam rady, jestem umówiona, ale o siódmej
piszę wiadomość, że nie mam siły przyjść, że musimy
przełożyć, bo wyczerpały mi się baterie. Proszę Marcina żeby
zaprowadził małego do przedszkola, a sama idę spać, nie pamiętam
kiedy ostatnio zapadłam w tak głęboki sen, na zewnątrz mogłaby
wybuchnąć wojna i pewnie by mnie nie obudziła. Kiedy dzieci
przestają budzić się skoro świt? Czy dopiero jako nastolatki
doceniają towarzystwo poduszki i kołdry i trudno je wyciągnąć z
łóżka? Czekam na ten czas z utęsknieniem. Podobno jestem
szczęściarą bo moje dziecko względnie przesypia całą noc, ale
jakoś trudno mi się z tego powodu cieszyć kiedy zwyczajnie w środę
koło godz. 19 nie pamiętam jak się nazywam. Muszę kończyć,
Piotrek wciera mi w spodnie pierniczka, w sumie dobrze się składa,
bo miałam nastawić pranie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)