Jest prawie 8:30, a on śpi! Nie mogę w to uwierzyć, więc zaglądam co chwilę do pokoju. Śpi? Śpi, a może się obudzi? Hmm dziwne, że on tak śpi. Rano jest i śpi. Chyba ostateczna przeprowadzka do "swojego pokoju" mu służy. Wreszcie ma spokój hehe. Znów przywlekł jakieś choróbsko, z przedszkola i zgodnie z schematem, najpierw on przez niewinne kilka dni, a potem my, dłużej i dwa razy gorzej. Także gil do pasa, ból zatok, ale dzieckiem zajmować się przecież trzeba, na plac zabaw pójść, książeczkę poczytać, samochodom garaż z klocków zbudować. W tym szaleństwie gila udało mi się wczoraj pójść do teatru na przedstawienie Klimakterium II czyli menopauzy szał, czyli temat dla mnie jak najbardziej aktualny, w końcu prawie od roku mam farmakologiczną menopauzę i czuję się jak stara ciotka, która gdera na uderzenia gorąca i bóle w krzyżu. Fakt, że tę terapię mam przechodzić przez 10 lat rozbawia mnie do łez, ale co tu zrobić żeby znów nie nabawić się raczyska. Odpowiedź: łykać tabletki, które przepisał pan doktor. W temacie lekarzy, to w czwartek byłam ostatni raz u chirurga plastyka i odniosłam dziwne wrażenie, że wprowadzam moją chirurg w jakiś dziwny melancholijny stan, jestem chyba jej "porażką" i mocno to przeżywa. Doszło nawet do zabawnej dla mnie, acz trzeba przyznać lekko irracjonalnej sytuacji, w której pocieszałam ją, że następnym razem się uda, spróbujemy i będzie dobrze, zobaczy pani doktor, wszystko będzie cacy (!). Mimo gila i miliona zająć na minutę wróciłam do ćwiczenia swojego zmaltretowanego cięciami tu i ówdzie ciała. W prawdzie po operacji mam brzuch płaski jak deska, ale wygląda tak tylko z przodu, nad boczkami trzeba samemu popracować. O! Mój czas się skończył, Junior chce oglądać Muminki. Muszę lecieć. Bez odbioru!
Aha, założyłam fanpage, żeby mieć większy z Wami kontakt także klik klik
sobota, 20 września 2014
czwartek, 28 sierpnia 2014
18
Dziś lekarka zapytała mnie czy mamy w języku polskim takie słowo jak Schicksal, czyli przeznaczenie. Chyba chciała mi zasugerować, że muszę pogodzić się z takim, a nie innym losem, ale jednocześnie nie poddawać i pozytywnie myśleć, o tym co mnie dalej czeka. A ja uprawiam coraz większe czarnowidztwo, Piszę czarne scenariusze odnośnie najgłupszych rzeczy, chyba popadam w paranoję. A poza tym, dziś wyjechała od nas mama, była tutaj prawie miesiąc dzielnie nam pomagając w opiece nad młodym. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. Mimo, że z mojej operacji nic nie wyszło, a raczej skończyło się tak jak się skończyło Piotruś mógł przynajmniej więcej czasu spędzić z babcią. Zaczęłam, w tym tygodniu kolejny, już ostatni kurs niemieckiego zamykający Integrationskurs. Muszę po fakcie przystąpić do egzaminu. Mam dylemat, bo nie wiem czy zapisywać się z biegu na kolejny kurs, czy zrobić przerwę i np. poszukać sobie praktyk, ruszyć tym samym z miejsca zawodowo. Chyba wybiorę tę drugą opcję. Po pobycie w szpitalu zauważyłam, że przebywając tylko w środowisku niemieckojęzycznym szybciej łapie te różne powiedzonka, a zatem, może w pracy byłoby językowo ciekawiej niż na kolejnym kursie z rzędu. A tak w ogóle, ani się nie obejrzałam, a tu w sierpniu strzeliły mi dwa lata w Berlinie. Dużo się działo przez ten czas, dobrych i złych rzeczy. Szkoda, że najczęściej zapamiętuje się te drugie. Ja się postaram ( z całych sił) jednak skupić na tych dobrych, na tym, że mam Piotrka, który rośnie w ekspresowym tempie i codziennie zaskakuje nas jakąś nową umiejętnością, na tym, że mam Marcina, który mnie wspiera w każdej sytuacji, że udało mi się w miarę zaaklimatyzować, że potrafię już w miarę się dogadać w tym trudnym dla mnie prawie jak chiński języku. Chciałabym żeby kolejne dwa lata były mniej burzliwe, żebyśmy dalej układali sobie życie, ale już bez nieoczekiwanych wizyt w szpitalach, złych wiadomości, chociaż to pewnie wszystko zależy od wspomnianego dziś przeznaczenia.
piątek, 15 sierpnia 2014
17
Nie, limit złych zdarzeń się nie wyczerpał, jak wyraźnie wskazuje mój obecny stan pech trwa i ma się dobrze. Nową pierś miałam, aż całe 4 dni, bo później zrobił się skrzep i po tym jak napuchłam do granic możliwości musieli mnie w nocy operować i zdjąć tą super śliczną, nową pierś. Dobrze, że nie zdążyłam się z nią zaprzyjaźnić, dobrze, że proteza czekała na mnie spokojnie w domu. Zasiliłam tym samym grono 1% pacjentek, u których pojawiają się komplikację, ale jestem pierwsza, u której zdarzyło się to tak późno, kiedy wszyscy byli już przekonani, że za dwa dni wychodzę do domu. Mówiłam sobie, że 2014 będzie wspaniały, że wszystko się uda według planu, że będę mogła wrócić do normalności, że w kolejnym roku i następnym będę borykała się już tylko z mniejszymi problemami. Widocznie tak nie będzie. Co dalej? Nie poddaję się, spróbuję za jakiś czas znów, szkoda, że nie można znów z brzucha, ale ciało dostarcza jeszcze kilka możliwości. Nie wiem jak wielki jest mój pech, może kolejny raz też okaże się felerny. żartowałam wczoraj po przeczytaniu listu od lekarza, który chce mnie przyłączyć do specjalnego programu monitorowania raka piersi, że za 40 lat przed śmiercią zapytają mnie czy mogliby moje ciało wystawić jako eksponat w formalinie, bo przecież tyle było w nim niesamowitych i ciekawych medycznie ingerencji. Jak się czuję? Tak sobie, chociaż psychicznie nad wyraz dobrze, chyba powoli obrastam w jakiś pancerz i takie porażki czy niespodzianki nie robią już większego wrażenia na mojej psychice. Są tego wszystkiego plusy (wiem zaskakujące, ale są), otóż operacja to nic ciężkiego, szykowałam się bogata w doświadczenia po mastektomii, na Bóg wie jaki ból, a nie było go praktycznie wcale. Skoro pomagał ibuprofen to chyba, nie można nazwać pooperacyjnym bólem, także nie ma się czego bać. Brzucha mi nie usunęli (po raz drugi) więc jest, napięty jak skóra na bębnie, zero fałdek, no chyba jak się mocno schylę to robią się takie malutkie. Poruszam się na razie w dziwnej pozycji i wyglądam trochę jak szpieg z krainy deszczowców, bo skóra na brzuchu ciągnie. Dziś wyjęli mi dreny także jestem już wolna, od kabli etc. W poniedziałek idę na kontrolę, po 2 tygodniach od operacji zdejmą szwy z brzucha. Dobra, dosyć medycznych bzdur. W szpitalu czytałam Botanikę duszy. Wciągająca lektura, chociaż literacka przeszłość autorki może odstraszać z ręką na sercu mówię, że warto przeczytać tę książkę. Aha, a kto nie wie jak wygląda szpieg z krainy deszczowców, na którym teraz wzoruję swoje ruchy to proszę pod spodem film (1;26)
o to ja:
środa, 30 lipca 2014
16
Dwa tygodnie spędziliśmy w Polsce. Piotruś odbywał jak to się określa "wakacje u dziadków". Wszystkie atrakcje i sytuacje jak zrywanie malin i jedzenie prosto z krzaczka oraz obdarte kolana zaliczone. Mama w tym czasie biegała po urzędach, bo okazało się, że od czasu wyrobienia pierwszego dowodu osobistego minęło już dziesięć lat i dokumenty straciły ważność, jak ten czas leci chciałoby się powiedzieć, ano leci, jeszcze pół roku temu zastanawiałam się jak żyć, skoro jestem skazana na branie leków powodujących zapaść mojego organizmu i menopauzę przed trzydziestką, a teraz nie ma to większego znaczenia i już bardzo poddenerwowana czekam na operację, która od dziś równo za tydzień. W piątek muszę zrobić mammo piersi, która się ostała, bo muszą być pewni, że nie trzeba mnie patroszyć jak Angeliny Jolie. W poniedziałek rozmowa z anestezjologiem, ostatnie oględziny i w środę po 7 godzinach narkozowego snu obudzę się na OIOMie, na którym spędzę decydującą dobę. Decydującą czy przeszczepiona skóra przyjęła się czy się nie przyjęła. Przeczytałam już cały internet na ten temat, wszystkie panie, które przeszły tę operację piszą, że warto, że cycki po pół roku jak malowane, dam wam znać czy mówiły prawdę. Dla mnie ta operacja ma nie tyle znaczenie estetyczne, co symboliczne, bo chcę nią zamknąć temat rakowych smutków i przejść do etapu normalnego życia, z cyckami w liczbie dwóch. Chciałam nawet zorganizować jakąś imprezę pożegnalną w czasie, której będę mogła symbolicznie spalić protezę, ale chyba się powstrzymam, raz, że to nie za dobrze dla środowiska, a dwa zostawię sobie ją na razie, na wszelki wypadek bo może coś...ćśiiiii, wszystko się uda, nie może być inaczej. Limit złych zdarzeń się wyczerpał, teraz będzie przychodziło tylko dobre. Mam jeszcze trochę na głowie w tym tygodniu, a zatem trzymajcie za mnie za tydzień kciuki, najlepiej dwa, czyli tyle samo ile będę miała cycków w czwartek po operacji. Pozdrawiam.
![]() |
| A zdjęcie jest z Turawy, w której byliśmy z Piotrkiem na chwilkę. |
poniedziałek, 14 lipca 2014
15
Od czytania internetowych bzdetów robi mi się jajecznica z mózgu. Dziś za sprawą nowego wpisu Miry na jej blogu Minimaliv dotarłam do innej, jakże fascynującej treści, a mianowicie wpisu o Rajstopach. Tak drogi czytelniku, nie przewidziałeś się chodzi o dziecięce rajtki. Tajemnicą nie jest, że pisanie podniecających tłumy, "kontrowersyjnych" postów nakręca "klikalność" i ilość pozostawionych komentarzy, ale temat, który podjęła autorka bloga oczekujac.pl sprawił, że chyba już nie chcę zaglądać na blogi parentingowe. Byłoby mi zwyczajnie wstyd podjąć taki temat, który spokojnie możemy zaliczyć do tematów (tutaj przepraszam za wulgaryzm) "z dupy". Rajstopy? Serio? Z tego poważnego, poruszającego jakże arcyważny temat postu dowiedziałam się, że puszczanie dziecka w sali zabaw w samych rajtach to odbieranie mu godności. Wizyta w niemieckim przedszkolu albo na jednym z placu zabaw w Berlinie mogłaby u autorki bloga wywołać głęboki wstrząs. Wszystkie dzieci jak jeden mąż w zimę latają po salach w samych rajtkach (wiem, szok i przerażenie), a co z ich godnością? Została dawno zdeptana przez okrutnych rodziców bez wyczucia stylu i smaku. Dodam więcej, dzieci na placach zabaw bywają w odzieży podziurawionej i poplamionej, bo pragmatyzm rodziców podpowiada im, że strojenie się do kopania w piasku i skakania po drabinkach nie ma żadnego sensu. Zastanawiające jest dla mnie, że odzieraniem z godności nie jest publikowanie tysiąca zdjęć swojego dziecka i robienie z jego życia własnego biznesu. Śmiem twierdzić, że blog oczekujac.pl to już raczej nie popołudniowe pisanie dla przyjemności tylko regularna praca, ale nie powinno mnie to obchodzić i też nie powinnam tego komentować tutaj, bo zaraz się okaże, że napisałam to wszystko by poprawić sobie statystyki. Dlatego kończę
Co u nas? Byłam dziś w szpitalu dowiedzieć się o szczegółach operacji i zaprezentować wyhodowany przeze mnie elegancki brzuch. Zebrałam pochwałę i na początek przyszłego miesiąca jestem umówiona na pogadankę z anestezjologiem i podpisanie wszystkich papierków (Niemcy i ich papierki...). Strach już jest, nie wiem co będzie za dwa tygodnie. Młody ma ferie, od dziś, dlatego wybieramy się na trochę do Polski. Bardzo mnie to cieszy.
Co u nas? Byłam dziś w szpitalu dowiedzieć się o szczegółach operacji i zaprezentować wyhodowany przeze mnie elegancki brzuch. Zebrałam pochwałę i na początek przyszłego miesiąca jestem umówiona na pogadankę z anestezjologiem i podpisanie wszystkich papierków (Niemcy i ich papierki...). Strach już jest, nie wiem co będzie za dwa tygodnie. Młody ma ferie, od dziś, dlatego wybieramy się na trochę do Polski. Bardzo mnie to cieszy.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
14
Autorka bloga Matka jest tylko jedna przypomniała ostatnio na facebooku swój post o tym Jak to jest być matką? Nikt mi chyba nigdy nie zadał tego pytania, było kilka pytań o poród wraz z nieodzownym "ja to bym chyba wolała cesarkę", były sugestie, że nie prześpimy ani jednej nocy i że teraz jak już mamy dziecko to dopiero zobaczymy. Co zobaczymy? Nie wiadomo, takie zdanie wypowiadają najczęściej osoby, które dzieci nie mają i nie wiedzą jak to jest fajnie kiedy ono już śpi i nie możesz się powstrzymać, żeby przez chwilę popatrzeć na te spokojną buzię. Owszem macierzyństwo to na początku nie jest bułka z masłem, ale tak jak wszystko ma swoje dobre i złe strony. Czasem dziecko przerasta cię swoją energią, czujesz się jak emeryt, kiedy po raz setny prosi by podrzucać je na kolanach albo robić jakieś inne wygibasy wymagające stuprocentowej sprawności fizycznej. Dla mnie najgorsze chwile "bycia mamą" są wtedy kiedy młody choruje, czuję wtedy bezsilność, bardzo się martwię, nie wiem co robić. Mieliśmy już jeden rotawirus, który skończył się w szpitalu, pamiętam, że sama byłam wtedy chora i po dwóch dniach spania na szpitalnym łóżku-walizce czułam się jakby ktoś przed chwilą zdjął mnie z krzyża. Wszystko skończyło się dobrze, dziecko przepłukane kroplówkami nabrało sił witalnych i brykało niczym młody byczek, a rodzice zarażeni słaniali się na nogach jeszcze przez dwa tygodnie. Na szczęście takie sytuacje to rzadkość. Nie wyobrażam sobie co muszą czuć rodzice dzieci przewlekle chorych, tych z mniej poważnymi ale też tych z bardzo poważnymi chorobami. To zapewne nieustający strach i stres. U mnie stres skumulował się tydzień temu, trafiłam do szpitala z potwornym bólem brzucha, w sumie to sama się dziwię, że do tego szpitala doszłam. Musiałam wyglądać dosyć nieciekawie, bo pierwszy raz na pogotowiu nie kazali mi czekać i od razu trafiłam na badania i pod kroplówkę, bo jak się okazało byłam mocno odwodniona (chyba zwijając się z bólu na kanapie zapomniałam popijać mineralkę). Po kilku godzinach i stwierdzeniu, że to zatrucie pokarmowe lekarz, który mnie badał zapytał czy życzę sobie jeszcze wizyty na ginekologii, było już dobrze po 23, ale co tam jak oglądać to wszystko i wszędzie. Przed 1 miałam już spotkanie z trzema ginekologami i prognozę, że trzeba operować, oczywiście bardzo szybko wymyśliłam teorię, że to co widzą na ekranie usg to na pewno nie to co widzą, tylko coś innego i jutro dowiem się, że moje dni są policzone. Nawet mi się nie chciało płakać od tych wymysłów, mimo namowy lekarzy uwiedziona kroplówką z jakimś znieczulaczem powędrowałam do domu, umówiona na drugi dzień, na rano. To była dobra decyzja, w domu ochłonęłam i nastawiłam się na to, że widocznie szpital to moje przeznaczenie i jedna operacja w roku to za mało. Skracając tą zawiłą i zapierającą dech w piersiach szpitalną historię powiem, że do operacji nie doszło, bo kiedy miałam na sobie już czepek i klapki oraz podpisane papierki, że się zgadzam na narkozę etc. okazało się, że moje wyniki są ciut lepsze i można zaczekać, bo może samo się "wchłonie". Wróciłam więc do domu i teraz czekam, aż się wchłonie, to ważne, bo muszę być w pełni sprawną, zdrową mamą.
czwartek, 5 czerwca 2014
13
O, już czwartek! Takim zdaniem, wymieniając czwartek na inny dzień tygodnia mogłabym zaczynać każdy poranek. Wszystko zaplanowane, trzy miesiące do przodu i można by pomyśleć, że kiedy dokładnie rozpisuje się kalendarz człowiek znajdzie trochę wolnego czasu, nic bardziej mylnego. W porządku i organizacji czai się chochlik, który pozwala na "a to tutaj jeszcze zmieszczę..., a tutaj możemy...".
Nie poszłam dziś na kurs, nie miałam siły zwlec się z łóżka, coś mnie wczoraj przed snem zaczęło uciskać w karku i nie wiem czy to kręgosłup, czy może stres gdzieś mi osiadł na mięśniach i nie chce sobie pójść. Spędziłam wczoraj prawie 5 godzin w szpitalu, do którego wybrałam się, żeby zrobić tomografię brzucha. Pani technik, przeprowadzająca badania zostawiła sobie mnie na deser, bo jak to określiła, moje badanie jest najdłuższe i musi mi poświęcić odpowiednią ilość czasu i skupienia. Siedząc kolejno w dwóch poczekalniach zdążyłam przeczytać pół książki (czytam teraz Norwegian Wood Murakamiego), zjeść kilka cukierków reklamujących firmę Siemens, przejrzeć czasopismo plotkarskie o niemieckich gwiazdach, które są mi kompletnie nieznane i dojść do wniosku, że trawi mnie absurdalny lęk związany z wjeżdżaniem do tej maszyny. Od tej całej historii z raczyskiem wymyślam niestworzone rzeczy, scenariusze, w których w trakcie rutynowych badań lekarze odkrywają we mnie kolejny guz, znajdują coś co tym razem jest groźne i nie da się wyleczyć. Wiem, że to głupie, ale trudno zatrzymać wyobraźnię. Wczoraj też wymyśliłam sobie, że kiedy będą szukać żyły, którą w trakcje rekonstrukcji piersi muszą przeszczepić mi do klatki piersiowej znajdą przez zupełny przypadek coś jeszcze. Nie wiem czy kiedyś przestanę tak myśleć, boję się, że to się stanie moją obsesją. Może jak nie będę musiała już odwiedzać tego miejsca, to uda mi się na dłużej porzucić takie myśli. Za dwa miesiące i dzień będę leżeć na stole operacyjnym, jestem gotowa fizycznie, ale nie wiem czy psychicznie, mówię sobie, że to nic poważnego, że to operacja, których setki naoglądałam się w głupich programach na TLC. Brzuch już wyhodowałam, teraz muszę pielęgnować bliznę żeby nie była taka twarda. Ciekawa jestem jak to wszystko będzie wyglądać "po". Oglądam zdjęcia w internecie i myślę, że będzie super, wierzę w talent tutejszych chirurgów. Tą optymistyczną myślą kończę i idę gotować młodemu rosół, bo biedaczysko znów jest chory.
Nie poszłam dziś na kurs, nie miałam siły zwlec się z łóżka, coś mnie wczoraj przed snem zaczęło uciskać w karku i nie wiem czy to kręgosłup, czy może stres gdzieś mi osiadł na mięśniach i nie chce sobie pójść. Spędziłam wczoraj prawie 5 godzin w szpitalu, do którego wybrałam się, żeby zrobić tomografię brzucha. Pani technik, przeprowadzająca badania zostawiła sobie mnie na deser, bo jak to określiła, moje badanie jest najdłuższe i musi mi poświęcić odpowiednią ilość czasu i skupienia. Siedząc kolejno w dwóch poczekalniach zdążyłam przeczytać pół książki (czytam teraz Norwegian Wood Murakamiego), zjeść kilka cukierków reklamujących firmę Siemens, przejrzeć czasopismo plotkarskie o niemieckich gwiazdach, które są mi kompletnie nieznane i dojść do wniosku, że trawi mnie absurdalny lęk związany z wjeżdżaniem do tej maszyny. Od tej całej historii z raczyskiem wymyślam niestworzone rzeczy, scenariusze, w których w trakcie rutynowych badań lekarze odkrywają we mnie kolejny guz, znajdują coś co tym razem jest groźne i nie da się wyleczyć. Wiem, że to głupie, ale trudno zatrzymać wyobraźnię. Wczoraj też wymyśliłam sobie, że kiedy będą szukać żyły, którą w trakcje rekonstrukcji piersi muszą przeszczepić mi do klatki piersiowej znajdą przez zupełny przypadek coś jeszcze. Nie wiem czy kiedyś przestanę tak myśleć, boję się, że to się stanie moją obsesją. Może jak nie będę musiała już odwiedzać tego miejsca, to uda mi się na dłużej porzucić takie myśli. Za dwa miesiące i dzień będę leżeć na stole operacyjnym, jestem gotowa fizycznie, ale nie wiem czy psychicznie, mówię sobie, że to nic poważnego, że to operacja, których setki naoglądałam się w głupich programach na TLC. Brzuch już wyhodowałam, teraz muszę pielęgnować bliznę żeby nie była taka twarda. Ciekawa jestem jak to wszystko będzie wyglądać "po". Oglądam zdjęcia w internecie i myślę, że będzie super, wierzę w talent tutejszych chirurgów. Tą optymistyczną myślą kończę i idę gotować młodemu rosół, bo biedaczysko znów jest chory.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

